poniedziałek, 31 maja 2010

Teatr przez duże T.

Latawiec czeka na swój lot. Póki co przegrał z atrakcjami z okazji Dnia Dziecka. To był bardzo intensywny weekend. W sobotę piknik rodzinny w naszym przedszkolu i teatr. W niedzielę warsztaty w Centrum Nauki Kopernik, festyn w Parku Sowińskiego i spektakl w Parku Górczewska….ufff!!! No cóż tak właśnie wygląda życie rodziców mających wymagające dzieci.
Jasiowi i mnie najbardziej przypadł do gustu spektakl ,,Sklep z zabawkami’’ w Teatrze Lalka. Poszliśmy na niego nieprzygotowani, nie przeczytaliśmy nawet opisu spektaklu. Liczyłam na przetrwanie 80 minut bez nadmiernego ziewania, tymbardziej, że tytuł ,,Sklep z zabawkami'' skojarzył mi się z miłą opowiastką dla dzieci. Tymczasem…spektakl okazał się wbijającym w fotel widowiskiem, mrocznym, fantastycznym wizualnie i przede wszystkim mądrym. Niech się schowają ,,benteny’’, bakugany i ,,spajdermeny’’. Widok mojego syna wpatrzonego (nie tępo) w scenę – bezcenny.
Sztuka rumuńskiego dramatopisarza i psychiatry to historia dziewczynki, która gubiąc się w lesie wpada w sidła demonicznej Pani Nocy i jej wiernych ziomków Koboldów. Dina szukając nocą drogi do domu trafia do magicznego sklepu z zabawkami, który naprawdę okazuje się śmiertelną pułapką. Jedynie strachliwy zajączek może uratowac ją ze śmiertelnej pułapki. Czy mu się to uda?
Sztuka piękna, głęboka, ma w sobie magię opowiadań Braci Grimm i niesie przesłanie moralitetu. Scenografia przejmująca, muzyka na żywo, świetna gra aktorska. Cieszę się, że Teatr Lalka docenia swoją dziecięcą publiczność wystawiając tak dopracowane artystycznie przedstawienia! Mam zamiar wybrać się jeszcze raz do Teatru Lalka na odbywający się w czerwcu VII Warszawski Pałac Teatralny – czyli przegląd najlepszych spektakli dla dzieci. Mam nadzieję, że uda nam się zdobyć wejściówkę!!!




P.S. Sylwia! Jeszcze raz dzięki za bilety!

piątek, 28 maja 2010

Latawiec-projekt rodzinny

Latawiec. Chyba każdy pamięta swój pierwszy latawiec, a jak nie pamięta to niech szybko zrobi swój pierwszy. Nasz latawiec powstał na potrzeby konkursu w przedszkolu. Robiliśmy go dwa dni, a jeśli doliczyć gromadzenie materiałów to wyjdzie tydzień. Po deszczułki pojechałam aż na bazar na Kole, który jest jednym z moich ulubionych miejsc w Warszawie, ostoją warszawskiego folkloru. Myślę, że wkrótce napiszę o tym miejscu oddzielną notkę. Kupując potrzebne materiały odbyłam wiele ciekawych rozmów na temat latawców, zebrałam mnóstwo dobrych rad i wspomnień z dzieciństwa.
Mam nadzieję, że Jasio zapamięta swój pierwszy latawiec. Idealnie byłoby gdyby jego pierwszy latawiec wzniósł się w powietrze - czy tak sie stanie? O tym w kolejnej notce.



Inspiracja: wujek Google, Pani od deszczułek, Pan od sznurka, 
Konstrukcja: Ojciec,
Koncept artystyczny: Syn,
zaopatrzenie i logistyka: Matka,
powstrzymywanie się od robienia zniszczeń: Córka

środa, 26 maja 2010

Mamo!

Najpier  mieszkamy w Niej - dosłownie w środku, gdzie ciepło, przyjemnie i bezpiecznie. Potem wydaje nam się, że Ona jest częścią nas i jest na każde zawołanie, mimo zmęczenia. Stopniowo sie usamodzielniamy, najpierw schodzimy z Jej rąk, potem zaczynamy sami jeść, aż w końcu potrafimy radzić sobie sami w przeróżnych sytuacjach bez Niej, pamiętając jednak to czego nas nauczyła. Następna faza to bunt, łzy, szarpanie nerwów i przekraczanie granic - trudne dla obu stron. Odkąd zostałam sama mamą inaczej patrzę na wszystkie te etapy, teraz obserwuje je z innej perspektywy.
Mam nadzieję, że i moje dzieci będą miały ze mną takie relacje jak ja teraz z moją Mamą. Mamo dziękuję Ci za to, że mogę Ci się wygadać, wyżalić, poradzić w każdej kwestii. Jesteś dla mnie wzorem w wielu sprawach.


P.S.  Zdjęcie prawdziwy vintage, dlatego Aniu, wybacz że bez Ciebie:)

wtorek, 25 maja 2010

Co w trawie piszczy.

Właśnie tak w minioną sobotę wypoczywaliśmy. Uprzejmie dziękujemy Cioci Ewie i Wujkowi Michałowi za udostępnienie mięciutkiej trawy! Jak siesta to tylko w Lublinie!



poniedziałek, 17 maja 2010

Dwa torty na dwa lata


Oto dwa Marysine torty. 
Clown wycięty z biszkoptowych spodów (zakupionych w sklepie, gdyż biszkoptów piec nie potrafię i już!) wg tej instrukcji. Biszkopt nasączam owocową herbatą z cytryną (tak, żeby była naprawdę kwaśna). Jedną warstwę smaruję nie słodkim dżemem (używam galaretki porzeczkowej, którą sama w zeszłym roku wyprodukowałam). Druga warstwa pokryta jest kremem.
Gąsienica jest zrobiona z muffinów i okrągłego spodu. Wszystko pokryte moim ulubionym kremem do tortów z serka mascarpone zmiksowanego z kilkoma łyżkami skondensowanego mleka słodzonego. Masa świetnie się rozsmarowuje, można ją barwić na różne kolory i jest pyszna! Jako ozdoby: żelki, pianki i czekoladowe drażetki.

wtorek, 11 maja 2010

Kosmiczny glut

Tata wyjechał w delegację! Tragedia! Na szczęście nie często się to zdarza. Na wieść o wyjeździe Taty dzieci wpadają w panikę. No bo jak to? Kto ich wykąpie? Kto ugotuje jajko na pół twardo - pół miękko? Kto przeczyta bajkę i przyniesie szklankę wody? No właśnie…kto? Tato wracaj szybko!

Dzieci postanowiłam ukoić malowaniem kisielowymi farbami.
-,,Mamo! Kosmiczny glut!!’’ woła Jasio
-,,Glllul’’ woła Marysia.


A farby robi się tak: trzeba ugotować gęsty krochmal z mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej, rozłożyć do miseczek i czekać aż wystygnie. Do każdej miseczki dodać odrobinę farby plakatowej lub barwnika spożywczego. Wymieszać i gotowe!
Ostrzeżenie: należy dzieci zabezpieczyć folią, to samo zrobić z pomieszczeniem, w którym odbywa się malowanie - w przypadku nie zastosowania się do ostrzeżenia - tak jak ja będziecie mieli wszystko upaprane kosmicznymi glutami!


niedziela, 9 maja 2010

Bajka o Groszku

A to moja bajka, wymyślona dla Jasia, spisana w szkole pisania dla młodych mam. Do przeczytania dla wytrwałych:) Co o niej myślicie? Jasio stwierdził tylko ,,Mammoooo Groszek i mówiii? No cooo Tyyyy.''

Plan dwuletni Marii

Sto lat Marysiu! To już dwa lata jak zawładnęłaś naszym życiem. Kochamy Cię Mario, nasza Ukochana Córeczko, Najlepsza Siostro, Twardzielko, Księżniczko, Przytulaku, Śmieszku!


sobota, 8 maja 2010

Wrocław rządzi!

Wrocław. Właśnie tam wylądowaliśmy w majowy weekend. Byłam tu dawno temu. Zapamiętałam jedynie Panoramę Racławicką tymczasem…Wrocław ma o wiele więcej do zaoferowania, zwłaszcza dzieciom. Naszą wyprawę zaczęliśmy od odwiedzenia Brzegu, przepięknego miasteczka nad Odrą. Główną atrakcją jest piękny zamek Piastów Śląskich z uroczymi krużgankami, zwany Śląskiem Wawelem. Według mnie w Brzegu jest nawet lepiej niż na Wawelu, bo nie trzeba przebijać się przez tłum. Podczas gdy matka rodziny czytała spragnionemu wiedzy synowi wszystkie podpisy pod eksponatami, ojciec rodziny gonił rozbrykaną córeczkę, przyprawiającą do teatralnych westchnień panie muzelaniczki. Na szczęście spojrzenie mówiące ,,jestem tylko malutką, ślicną dziewcynką’’ łagodziło srogie miny obrończyń zabytków. Potem był bajkowy labirynt bukszpanowy pod Zamkiem, gdzie Jaś i Maria gonili się niczym bohaterowie gry Pac Man. Nie zdążyliśmy przespacerować się plantami, które są naprawdę cudowne. Całe miasteczko warte jest obejrzenia. Polecam pierożki ze szpinakiem w Restauracji Ratuszowej znajdującej się oczywiście w zabytkowym Ratuszu.


A potem Wrocław. Spacer po Starówce, moczenie łap w każdej mijanej fontannie (a kilka ich jest), tropienie krasnali i wejście na mostek pokutnic w kościele Świętej Marii Magdaleny. Zgodnie z legendą, po mostku przechadzają się duchy lekkomyślnych dziewczyn, które pokutują za sto, że zwodziły zakochanych w nich chłopców. Ja na mostek nie weszłam, gdyż nogi odmówiły mi posłuszeństwa po pokonaniu niezliczonej liczby ażurowych (o rany!) schodów.

Pierwszy dzień zakończyliśmy podziwiając pokaz fontanny przy Hali Stulecia. Ojciec inżynier kontemplował żelbetową konstrukcję hali, Jasio podziwiał fontannę, a Maria przerzucała żwir w parkowych alejkach, ja natomiast czyniłam socjologiczne obserwacje społeczeństwa.

Kolejny dzień spędziliśmy pod znakiem dziecięcych atrakcji. Najpierw było przedstawienie we Wrocławskim Teatrze Lalek pt. ,,Och, Emil’’. Polecam nawet dla małych dzieci, Maria wytrzymała dzielnie pól spektaklu, następne pół ujeżdżała składany fotel śmiejąc się do rozpuku. Jasio natomiast znający dokładnie przygody Emila ze Smalandii oburzał się na nieścisłości scenariusza. Ogólne wrażenia pozostały jednak pozytywne, a Jan dowiedział się czegoś nowego na temat adaptacji teatralnych. Następnie ruszyliśmy szlakiem wrocławskich krasnali. Każde dziecko otrzymało mapę, a przewodniczka opowiadała mnóstwo ciekawych historii i dawała dzieciom wiele zadań do wykonania. Dobrze, że Jasio pozostał nieświadomy w kwestii całkowitej ilości wrocławskich krasnali. Gdyby wiedział, że jest ich ponad sto, na pewno do dziś błądzilibyśmy uliczkami przepięknego Wrocławia. Na pewno tam wrócimy, do odwiedzenia jeszcze Zoo, Panorama Racławicka, Muzeum Przyrodnicze, rejs Odrą…jeju to może następnym razem spędzimy tam tydzień?


piątek, 7 maja 2010

Piniata dla Rozali i Jurka



Miał być osiołek, ale pękatość balonika natchnęła mnie na świnkę. Mam nadzieje, że dzieciom się spodoba...zresztą jej żywot będzie krótki. Wiadomo-wieprzowina!
Sto lat dla Jurka i Rozali!!!

wtorek, 4 maja 2010

Pies czy siostra? Oto jest pytanie.

Gdy miałem cztery lata, a było to bardzo dawno temu-w zeszłym roku marzyłem, żeby dostać psa. Ale rodzice mieli dla mnie inny prezent i była to siostra. Najpierw była taka strasznie mała i krzycząca i czasami brzydko pachniała, a i tak wszyscy się Nią zachwycali, mimo że ani sama nie myła zębów, ani nie umiała jeździć na rowerze na dwóch kółkach, ani nawet nie jadła sama kolacji. Siostra rosła szybko i coraz bardziej się do mnie przyczepiała, a najgorzej to było jak zaczęła raczkować i wszędzie za mną łaziła i oblizywała wszystkie moje zabawki! Zamykałem się więc w pokoju, a ona strasznie krzyczała, a potem krzyczała na mnie mama, że to moja siostra i muszę się z nią bawić i być dla niej miły. A ja przecież chciałem psa, a nie siostrę i to taką co oblizuje moje zabawki. Ale potem zrobiło się trochę lepiej, bo ona czasem tak się śmiała i zaczęła mówić do mnie Jaaa i pokazywałem jej rożne rzeczy i ona się strasznie cieszyła i rodzice wtedy też się cieszyli. A teraz to jest już zupełnie fajnie. Siostra zaczyna mówić i cały czas robi to co ja. Rodzice mówią, że jestem jej największym idolem, nie wiem co to znaczy, ale to chyba jakbym był dla niej królem. Czasem się bawimy, a czasem kłócimy, czasem ona mnie ugryzie, a ja ją pociągnę za włosy. Czasem mam jej dość, ale ona mnie to chyba nigdy. W sumie to nie znam fajniejszej dziewczyny niż ona, ale Mama mówi, że nie mogę się z nią ożenić - no trudno. Już sam nie wiem czy chce mieć psa, bo z psem nie można się bawić na placu zabaw, trzeba z nim wychodzić na spacery, no ale z siostrą też trzeba. Po psie trzeba sprzątać, ale moja siostra też kiedyś nasikała na podłogę i czasem mnie gryzie jak prawdziwy pies. No to chyba to prawie to samo mieć siostrę albo psa, ale siostrę trochę lepiej zwłaszcza odkąd nie oblizuje zabawek i zawsze dzieli się ze mną słodyczami.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Kopara opadła

Jakiś czas temu pożyczyłam od koleżanki uwaga…werble…RZUTNIK! Ech znowu wspomnienia z dzieciństwa mnie dopadły. Wieczory ze wzrokiem utkwionym w białe drzwi, na których to wyświetlane były pasjonujące historie. Z bajek zapamiętałam jedynie Kopciuszka i historię o Misiu-astronaucie, ale przypominam sobie doskonale ten dreszcz przejęcia, gdy rodzice wyciągali z piwnicy rzutnik. Dreszcz ten poczułam dziś znowu.

Właściwie to byłam pewna, że bajki z rzutnika będą atrakcją jedynie dla nas-rodziców, a dzieci wychowane w epoce ,,bajki na zawołanie’’ wyśmieją nasze łzy rozrzewnienia na widok retro urządzenia i klisz, które zobaczyli pierwszy raz w życiu. Jednak pomyliłam się. Jasio obserwował z zainteresowaniem naszą walkę z nie dającą się wkręcić w rzutnik kliszą, a gdy zobaczył na ścianie zamazany obraz, spojrzał na nas z nieskrywanym zdziwieniem. Wysłuchał bajki i naszych ,,ochów, achów’’ i sentymentalnych wspomnień z rzytnikiem w roli głównej. W miarę jak nakreślaliśmy mu okoliczności polityczno-socjalne naszego dzieciństwa, kopara coraz bardziej mu opadała. Instytucja dobranocki-jedynej bajki dla dzieci w telewizji w ciągu całego dnia, nie wspominając o jedynie dwóch dostępnych programach przez conajmniej pierwszych 10 lat naszego życia doprowadziły go niemal do płaczu. Jak to? Nie było Cartoon Network? Jak to? Nie było dvd? Nie było komputera? Nie synu. Nie było. Syn zaczął nam szczerze współczuć. Bajki z rzutnika oglądamy teraz codziennie, a Jasio cały czas z niedowierzaniem kręci głową. Maria póki co zainteresowania nie okazuje, za to włazi w ekran i się zaśmiewa efektem świetlnym.


 P.S. Dzięki Ula!

wtorek, 20 kwietnia 2010

Raz! Dwa! Trzy! Mniej cukru zjesz Ty!

Dzieci domagają się cukru! Dzieci chcą wszystko słodzić! Dzieci znalazły skrytkę na czekoladę i chcą zdemolować dom! A ja czytam etykiety produktów przeliczam cukier na łyżki i skóra mi cierpnie. Czytam że takie na przykład serki dla dzieci z roku na rok są coraz słodsze, że wszystkie produkty dla dzieci są dosładzane, że dzieci od cukru dostają szału (dosłownie), nie wspominając już o próchnicy, której ja sama najbardziej się boję…brr! Właściwie nie kupujemy słodyczy dzieciom, bo dostają ich tyle z różnych okazji i zupełnie bez okazji, że nasze ,,skrytki’’ są wiecznie pełne. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść wszystkich czekoladowych Mikołajów, kiedy dołączyły do nich: zające, jajka i kurczaki. Gdyby policzyć ile cukru dzieci pochłaniają w jogurtach, bułkach, płatkach, sokach to usypała by się niezła górka. A jak wiadomo cukier uwielbiają nie tylko dzieci, ale też wszystkie bakterie, grzyby, drożdże obniżające dziecięcą odporność.


Postanowiłam dzieci oszukać i zrobiłam im nutellę z daktyli. Pomysł zaczerpnęłam z magazynu Gaga. Dwie paczki daktyli rozgotowałam w małej ilości wody, zmiksowałam i dodałam kilka łyżek naturalnego kakao i kilka kostek gorzkiej czekolady (w przepisie były też zmielone orzechy). Moją daktyllę Maryśka zaakceptowała bez szemrania, a Jasiek raczej bez entuzjazmu. Do daktylli trzeba się po prostu przyzwyczaić, zwłaszcza do jej konsystencji. Póki co posłodziłam nią owsiankę, barwiąc ją przy okazji na kolor szaro-bury, co nie przeszkodziło Marysi jej pochłonąć. Jasiowi za to posmakowały naleśniki z daktyllą i serem. Myślę, że dobra będzie do posmarowania herbatników, albo zapieczenia z ryżem i śmietaną…będziemy eksperymentować.

Polecam też wszystkim naturalne kakao. Nie kupuję gotowego kakao rozpuszczalnego dla dzieci (zgadnijscie czemu?), przyrządzam im kakao sama. Podgrzewam szklankę mleka, dodaję dwie łyżeczki naturalnego kakao i cztery kostki gorzkiej lub mlecznej czekolady. Energicznie mieszam. Dolewam zimne mleko i rozlewam do kubków. Pycha!


O ograniczaniu cukru na pewno jeszcze napiszę!

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

,,Z piachu powstałeś i w piach się obrócisz''

,,Z piachu powstałeś i w piach się obrócisz!’’ podsłuchałam ostatnio w piaskownicy od bawiących się dzieci. Dzieci w tych dniach rozmawiają o śmierci.
Maria jeszcze niczego nie rozumie, ale Jasio zadaje dużo pytań. Od bardzo poważnych po całkiem banalne, dorosły powiedziałby ,,nie na miejscu’’. Od naszych odpowiedzi zależy wszystko. Sama wychodzę z założenia, że nie należy dzieci okłamywać, zwłaszcza jeśli sa na tyle duże, że pytają i są ciekawe.Lepsza jest najgorsza prawda, niż kłamstwo w najlepszej intencji. Jasio w sobotę widział nasz smutek, nie mógł jednak opanować irytacji z braku bajek w telewizji. Tłumaczymy. Syn zamyknął się w pokoju i po kwadransie wrócił z obrazkiem. Na pierwszy rzut oka nie wiadomo co na nim jest. Jasio przyczepił go do lodówki i wytłumaczył: ,,Mamo, to Chrystus na krzyżu’’ Jeszcze trzy tygodnie temu będąc w święta w kościele szczegółowo musiałam odpowiadać na jego pytania o grób i historię śmierci Jezusa. Słuchał uważnie, jak nigdy.
Chce wszystko zrozumieć, więc tłumaczę mu co to jest dusza, co jest w trumnach, których dziesiątki widzi w telewizji, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Milczy i pyta, czy on też umrze, czy my umrzemy. Tłumaczę, choć w gardle ściska.
,,Wiesz tato, dusza jest jak kierowca, który zostawia samochód czyli ciało i odchodzi do nieba’’ uświadamia Tatę syn.
A wzoraj: ,,Nie lubię śmierci, dosyć już''
Tak więc dosyć.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Smutek

Jak wytlumaczyc dziecku niewytłumaczalne?
,,Mamo, czy w przedszkolu też można umrzeć?'' zapytał dzisaj mój syn.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Niedźwiadek

,,Droga Pani blogerko
Jestem w wieku Pani syna i z niepokojem wysłuchałem ostatnio opinii jakoby Kubuś Puchatek, którego znam i kocham nie był tym za kogo się podaje. Podobno na tego misia są jakieś papiery, które wskazują, że nie jest on naprawdę wesołym i beztroskim misiem nadużywającym miodku. Jest on jakoby pluszowym filozofem, który ukrywa głębokie myśli między wierszami. To samo dotyczy jego przyjaciół. Osiołek ma podobno depresję, a Prosiaczek jest strachliwy i melancholijny. Ze swojej strony pragnę stanowczo zaprzeczyć tym pogłoskom. Kubuś to po prostu żółty miś o małym rozumku ulubieniec wszystkich dzieci!!! Podobno zamieszaniu winny jest jakiś Milne, czy inny o obco brzmiącym nazwisku, a teczki z tymi pomówieniami są stare i zakurzone! Ja znam Kubusia towarzyszy mi od najmłodszych lat, mam wszystkie maskotki z Happy Meal’ów z mieszkańcami Stumilowego Lasu, mam stos książeczek z ich przygodami, oglądam bajki, jem słodycze opakowane w pudelka z wizerunkiem Prosiaczka i uśmiechniętego od ucha do ucha Kłapouszka i Tygryska! I niech mi nikt nie mówi, że Hefalumpy nie istnieją!!!
Pozdrawiam serdecznie
Z poważaniem
Staś, lat 6’’


Drogi Stasiu!
Muszę Cię zmartwić. Niestety istnieje międzynarodowy spisek, w który zamieszane są największe amerykańskie koncerny, chińskie fabryki zabawek i odzieży oraz producenci słodyczy na całym świecie. Postać która zalęgła się w Twoim dziecięcym umyśle jest jedynie wytworem konsumpcyjnie nastawionych koncernów, które ją odpowiednio wyszlifowały, polukrowały, by stała się lekkostrawna i zabawna!
      Puchatek to nie głupawy żółty miś z nadwagą, ale jeden z najciekawszych i najbardziej uroczych bohaterów książek dla dzieci, stworzony przez Alana Alexandra Milne dla swojego synka Krzysia. To filozofujący niedźwiadek starający się zrozumieć otaczający go świat.
      Kochany Stasiu, Kłapouchy jest pesymistą, bo nie wszyscy na świecie muszą być za wszelką cenę szczęśliwi i zawsze uśmiechnięci. Prosiaczek jest strachliwy, bo każdy z nas czasami czegoś się boi.
      Błagam Stasiu, poproś rodziców, by poszli z Tobą do biblioteki. Tam na regale z książkami dla dzieci, pod literą M jak Milne znajdziesz zakurzoną książeczkę. Weź ją w swoje drobne ręce i przeczytaj. Mam nadzieje, że pokochasz tę książkę i za każdym razem gdy zobaczysz postać z filmu pomyślisz, że to nie jest ten PRAWDZIWY Puchatek. Nie pozwól mu skryć się na wieki w cieniu swego żółtego alter ego.



środa, 7 kwietnia 2010

Święta święta i po...

Miałam w planach piękny wpis o mazurkach, ale nie wyszło. Święta poza domem z ograniczonym dostępem do internetu mi to uniemożliwiły. W każdym razie mazurki były. Było też malowanie jajek, tylko Marysia absolutnie nie dopuszczała do siebie myśli, że z jajkiem można zrobić cokolwiek innego poza zjedzeniem go. Tak więc pisanka Marii została przeżuta i połknięta. 
Piniata skończyła marnie roztrzaskana przez dzieci i dorosłych kijem. Wiosennych spacerów było stanowczo za mało, bo pogoda była - używając eufenizmu napiszę tylko że kiepska. Dzieci zjadły tyle słodyczy ile ważą. Rachunek za dentystę wystawiam na Zająca Wielkanocnego, a torbę słodkości, które zdążyłam sprytnie sprzątnąć im z oczu zachomikowałam w szafie i mam zamiar przetopić na coś bardziej strawnego. Cukier we krwi moich dzieci sprawił, że teraz są nadpobudliwe i nadruchliwe, co mam nadzieję minie w ciągu kilku dni odwyku. Zresztą ja sama jakoś tak mniej się mieszczę w odzież. Ale tlumaczę to sobie zlośliwością rzeczy martwych, które pozostawione na święta same ,,wzięły się i skurczyły''.  Wy też to macie?
,,Mamo co dziś na obiad?''
,,Żelazo i witaminy!''
czyli pieczenie mazurków
jeszcze dwa mazury dzisiaj...
malowanie i jedzenie
Jan pogromca piniat
żelkowe wnętrzności kurczaka zostały natychmiast skonsumowane

czwartek, 1 kwietnia 2010

Miał być zając...

Jest sowa w przebraniu kurczaka, za to w środku będą żelki w kształcie zajęcy - klimat świąteczny zachowany.

środa, 31 marca 2010

Ale pasztet!

Zrobić pasztet wielkanocny z aktywną Dwulatką przy boku to prawdziwe wyzwanie. Bo a to siku, a to piciu, a to zapiąc spinkę akurat jak masz ręce po łokcie w garze mieszając pasztet. Wyjście ,,na chwileczkę do sklepu, bo zabrakło śmietany’’ przeradza się w półtoragodzinną wyprawę z zaliczeniem wszystkich okolicznych placów zabaw i wystawianiem śmietany na niekorzystne warunki atmosferyczne. I wracasz do domu, gdzie czeka na ciebie nieskończony pasztet dźwigając na jednym ramieniu Dwulatkę, na drugim torbę z zakupami, a w zębach plik wyciągniętych ze skrzynki listów. Wracasz do pracy pozwalając Dwulatce moczyć się w zlewie. Mąż powraca z pracy i kiwa głową z politowaniem widząc kuchnię, w którą jakby trafiła zbłąkana asteroida. I mówi to swoje: ,, Po co ci to było?’’ i jeszcze nie wie, że wystarczy słowo i nie dostanie ani kawałeczka. A ja i tak co roku upiekę pasztet, choćby dla samej satysfakcji i liczę, że za rok z aktywną Trzylatka będzie już łatwiej. A pieczenie pasztetu stanie się naszą wielkanocną tradycją, tak jak szukanie jajek w ogrodzie. A jego smak dzieci zapamiętają jako smak swojego dzieciństwa. Uważam więc, że warto!


Pasztet piekę z tego przepisu. Pistacji nie gotuję, wolę jak zostają chrupiące, co prawda trudniej się wtedy kroi pasztet, ale według mnie jest lepszy. Alkohol dodaję jeśli akurat jakiś mam. Masa nie może być zbyt gęsta. Trzeba przygotować  przynajmniej dwie keksówki. Ja piekę w mniejszych aluminiowych foremkach, wychodzi około 3 większych lub 4 mniejszych, jeśli cos zostaje można upiec kilka małych pasztecików w formach do muffinów - będą w sam raz do święconki. Pasztet piekę się ok. 45 min.

wtorek, 30 marca 2010

Meksykańskie Boże Narodzenie a polska Wielkanoc

W świętach najbardziej nie lubię siedzenia za stołem. Zamiast jeść do nieprzytomności mamy w planch wybrać się z dziećmi na poszukiwania wiosny, albo urządzimy w ogrodzie u Dziadków poszukiwanie jajek, wyścigi z jajkiem na łyżce…tylko pogodo nie zawiedź nas! Nam gdy byliśmy mali zajączek wielkanocny chował w ogródku drobne prezenty. Kultywuję tą tradycję ze swoimi dziećmi jednak z pewnymi modyfikacjami. Świat idzie do przodu, a dzieci stawiają przed nami nowe wyzwania. Jasio wypatrzył piniatę w bajce i zażyczyl sobie taką samą.
,,Zabawa w rozbijanie piniaty to niezastąpiony element dziecięcych urodzin i uroczystości bożonarodzeniowych. Do Meksyku dotarła z Europy wraz z hiszpańskimi kolonizatorami. Piniata to gliniane naczynie wypełnione cukierkami, orzechami i drobnymi monetami, oklejone kolorową bibułą. Nadaje jej się fantazyjne kształty baśniowych postaci, kwiatów, owoców, gwiazd i figur geometrycznych. Piniatę zawiesza się na sznurku nad głowami dzieci, a każde z nich, po kolei, z zawiązanymi oczami stara się rozbić naczynie długim patykiem. Zwycięzca otrzymuje w nagrodę całą jego zawartość.’’*

Zabawa jest przednia. To będzie nasza druga piniata. Pierwszą zrobiliśmy w wakacje dwa lata temu i najpierw dzieci musiały dotrzeć do niej szukając wskazówek w ogródku i rozwiązując zagadki. Tegoroczna będzie miała prawdopodobnie kształt zająca (póki co wygląda jak bałwan). Za dwa dni wkleję zdjęcie gotowej piniaty. Robię ją z tego przepisu, bynajmniej nie lepię jej na garncarskim kole. Mam zamiar nadziać ją kilogramem horroru dentysty w postaci wielkanocnych żelków. Mogłabym nadziać ją co prawda orzechami i batonami zbożowymi, ale obawiam się, że efekt byłby zdecydowanie mniej spektakularny. Zawartość jest dzielona po równo między uczestników zabawy, co należy podkreślić przed jej rozpoczęciem, żeby wszystko nie skończyło się bójką z rwaniem włosów z głów włącznie.

* za ,,La Celebratión’’ Katarzyny Węgierek wydanej przez Fundację Edukacji Międzykulturowej




piniata dzień pierwszy
nadzienie do piniaty

poniedziałek, 29 marca 2010

Wiosenne ptaszki i porządki


Wiosnę czuć w powietrzu! I tym razem nie jest to aluzja do psich pozostałości na osiedlowych trawnikach. Pogoda coraz piekniejsza, pąki pękają na drzewach, a słońce obnaża zacieki i maziaje na moich oknach. Muchy zimujące w okiennych ramach przebudzają się do życia i latają lekko oszołomione po mieszkaniu. Mimo wszystko kocham wiosnę! Z tego powodu opanowała mnie pasja twórcza. Szyję wiosenne ptaszki, które mam zamiar rozdać znajomym, kilka juz wyleciało w liście daleko.  Ptaszki szyję z filcu, którego arkusze zakupiłam w sklepie z materiałami do rękodzieła, ale można  kupić je również w internecie.
Z filcu popelniłam już parę rzeczy, które pokażę wkrótce.
Przyznaję, że dzieci są jeszcze za małe na szycie ptaszków, chociaż chętnie obserwują co robię. Płaskie ptaszki lądują w listach, a wypchane (watoliną) służą za ozdoby, może przykleje je na okienne zacieki? Uszycie jednego ptaszka zajmuje mniej więcej 15 minut, no może pierwszy zajął mi więcej czasu...pamiętając moje przygody na zajęciach ZPT starałam go sobie nie przyszyć do spodni.
Żeby jednak dobrze ukierunkować dziecięcą energię i zapał , podczas gdy ja odstresowuję się szyjąc,skanalizowałam ją tak ...

Jak widać po minie, zadowolenie jest. Brat w tym czasie rozładowywał zmywarkę. Także kochani polecam szycie ptaszków!
Już wkrótce pojawią się skutki mojego kilkudniowego ślęcznie nad ksiązkami kucharskimi, czyli czekoladowo-pomarańczowy mazurek i pasztet z pistacjami.

środa, 24 marca 2010

Odeszła dziś.
Zapamiętam zwłaszcza jej dłonie. To jak przeczesywała włosy zdejmując chustkę, jak przebierała ziarenka kaszy, zagniatała ciasto na chleb w drewnianej dzieży, dokładała drewna do kaflowej kuchni, doiła krowę, karmiła kury, łapała muchę siedząca na firance (patrzyłam na to z wielkim podziwem), zgarniała z ceraty okruszki. Dzięki wakacjom spędzonym u Niej znam smak jeszcze ciepłego chleba i jagodzianek z własnoręcznie zebranych jagód, wiem jak to jest spać na sianie, umiem pleść wianki ze stokrotek, wybierać jajka z kurnika. Boguszyniec na zawsze pozostanie magiczną krainą mojego dzieciństwa. Dziękuję Ci Ciociu.

sobota, 20 marca 2010

Gdzieżeś ty bywał czarny bananie?

banany w pierwszej fazie ,,czernienia''

O istnieniu czarnych bananów dowiedziałam się późno. Początkowo jak dobro luksusowe i rzadkie były zjadane natychmiast, nawet całkiem zielone.
     Jako 5-latka odwiedziłam w Kanadzie moich dziadków i jedna ze scen jaką zapamiętałam najlepiej dotyczy właśnie bananów i ananasa. Babcia prowadzi nas do kuchni, otwiera lodówkę a tam…szuflada pełna bananów i prawdziwy świeży ananas z pióropuszem. Musiało to dla mnie być naprawdę dużym przeżyciem. Rodzice opowiadają czasem anegdotę, jak to prowadzali nas do Hortexu na deser Ambrozja i mawiali ,,Przypatrzcie się uważnie dzieci, tak właśnie wygląda ananas’’
      Dzisiaj o czarnych bananach. Co Wy z nimi robicie? Jako kobieta gospodarna i oszczędna (vivat Wielkopolska!) czarnych bananów nie wyrzucam. Jeśli uda mi się wyhodować kilka egzemplarzy to je zamrażam. Sięgam po nie, gdy dzieci domagają się czegoś słodkiego. Banana łamię na kawałki i miksuję z mlekiem albo jogurtem, powstaje orzeźwiający koktajl, którego nie trzeba już słodzić. Wersja koktajlu na bogato to: czarny banan, łycha lodów waniliowych, łyżka masła orzechowego, szklanka mleka. Jest to prawdziwy Mount Everest kaloryczny, ale za to jaki pyszny! Nie ma co porównywać z ,,szejkiem’’ z pewnych sieciowych restauracji.
     Najbardziej rozpowszechnionym sposobem na czarnego banana w naszym domu są placki bananowe. Dwa banany rozdrabniamy widelcem, mieszamy z mlekiem (ok.200ml.) dodajemy mąkę (używam pół na pół razowej i pszennej ok. 200g), szczypta soli, szczypta cynamonu, łyżka oleju, łyżka otrębów. Ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany. Wszystko mieszam i odstawiam na chwilę. Smażę na rozgrzanym tłuszczu lub suchej patelni teflonowej. Świetne są na ciepło z kleksem śmietany, a polane syropem klonowym i posypane siekanymi orzechami włoskimi to już delicje. Dobrze sprawdzają się jako przekąska dla dzieci na długi spacer, albo weekendowy wypad.

placek w trakcie pałaszowania
    

środa, 17 marca 2010

Warzywa w ciapki

W weekend zainspirowani fantastycznym blogiem Ludzika postanowiliśmy ulepić trochę produktów spożywczych do zabawy w sklep. Po co inwestować kupę kasy w drewniane, czy plastikowe zabawki produkowane w Chinach, jeśli można zainwestować w paczkę masy plastycznej, ewentualnie kilo soli do masy solnej i samemu się świetnie bawić? Nasze twory powstały w z glinki rzeźbiarskiej firmy Jovi. Jasio trochę denerwował się na siostrę, która nie zachowywała realizmu i malowała wszystko w artystyczne ciapki. Maria absolutnie nie rozumiała po co całe zamieszanie i z pełnym zaangażowaniem malowała bułki na czerwono. Niestety marchewki i pietruszki  po kilku dniach zabawy zostały pozbawione naci, oraz koniuszków, które Maria oderwała, by warzywa zmieściły się do jej garnka-proste! Wciąż liczę, że nauczę się dziergać i stworzę dzieciom do zabawy np. takie cuda. Nauczyciel dziergania poszukiwany!

P.S.
Przy okazji dziękuje i pozdrawiam moich niestrudzonych komentatorów:)

poniedziałek, 15 marca 2010

Zima

Usłyszałam szelest. Nasłuchiwałam przez chwilę, po czym odwróciłam się na drugi bok usiłując zasnąć. Szelest jednak nie ucichł, wyraźnie się nasilał. Po chwili dołączyło do niego stukanie. Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam szukać źródła tych hałasów. Szłam po omacku w całkowitej ciemności wytężając słuch. Doszłam do szafy. To z niej dochodziły dziwne dźwięki. Przerażona zaczęłam powoli odsuwać drzwi szafy. Wytężałam wzrok, by dojrzeć co dzieje się w środku. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że hałasowała zimowa kurtka. Szarpała wieszak próbując wydostać się z foliowego pokrowca, w który zapakowałam ją, jak tylko temperatury przekroczyły zero. Suwak pokrowca był już odsunięty do połowy, sprzączki i guziki kurtki uderzały o ściany szafy. Stałam patrząc na to wszystko, nie mogąc się ruszyć, gdy nagle kurtka wyskoczyła na mnie z impetem z czeluści. Odsuwała i zasuwała swój suwak wydając przy tym dźwięk podobny do śmiechu, do szyderczego śmiechu. Zaczęłam krzyczeć i szamotać się. Wzywałam pomocy! Jednak zamiast odsieczy do ataku dołączyły zimowe buty, które jakimś cudem wydostały się z pudelka i wypluwały z siebie upakowane w nie gazety. Przypełzły szaliki i czapki i filcując się ze złości zaczęły włazić mi na głowę, owijać się coraz ciaśniej wokół szyi…obudziłam się z krzykiem. Słońce oświetlało wąską smugą pokój. Wstałam i podeszłam do okna, odsunęłam zasłony i zobaczyłam zimę. Zima powróciła. Świat pokryty białym puchem.
Pamiętam zimy z mojego dzieciństwa. Moją mamę, która na nartach, z plecakiem biegła do najbliższego sklepu po zakupy. Lepienie bałwanów, wydeptywanie ścieżek,wojny na snieżki, wielki pojemnik wazeliny do smarowania buzi, no i przede wszystkim kuligi Prawdziwy kulig z koniem, rzędem saneczek, po lesie zasypanym białym puchem. A potem punkt kulminacyjny ognisko na leśnej polanie. Suszenie przemoczonych butów i rękawiczek przy ogniu, opiekanie pysznej kiełbasy, rumiane policzki, zmarznięte palce, przepełniające mnie radość i zmęczenie.
Dzisiaj mamy nieprzemakalne buty i rękawiczki tylko zimy już nie takie, nie wspominając o kiełbasie. Dlatego ucieszył mnie śnieg w tym roku, powrót prawdziwej zimy ze wszystkimi jej walorami.
Oczywicie nie odśnieżone drogi, konieczność odkopywania auta z zaspy i mi dały się we znaki, ale gdy patrzyłam jak moje dzieci robią ,,aniołki’’w śniegu, zjeżdżają z górki na sankach, czy włażą w śnieg po pas z uśmiechem od ucha do ucha i rumianymi policzkami, przypominały mi się zimy mojego dzieciństwa.
Dzisiaj musiałam przeprosić zimowe rękawiczki, buty i kurtki i wydostać je z szaf, gdzie miały czekać na przyszłą zimę. ,,W marcu jak w garncu’’ niech dowodem na słuszność tego ludowego przysłowia będą zdjęcia z naszej dzisiejszej drogi do przedszkola.

wtorek, 9 marca 2010

Lody

,,Lody mamooo, ja chcę lody’’…zaczęło się - pomyślałam.
,,Aaaaammmm, siiii aaaammmmm’’ (tłum. jedzenie, zimne jedzenie) dołączyła Maria. Wiedziałam co to oznacza: nie dadzą mi spokoju, póki nie dostaną lodów. Przy zamrażarce stała już Maria waląc w drzwi pięścią. Jan z kanapy spokojnie koordynował akcję instruując Siostrę. Otworzyłam drzwi, mała główka zanurkowała w zimną czeluść i po chwili z posmutniałą miną rozłożyła ręce w geście bezradności i rozczarowania. Jęknęła ,,nnnn’maaa’’ (tłum. Nie ma). Czy ten naoczny brak uspokoił moje męczydusze? Bynajmniej! Jęki wydawały się coraz groźniejsze, dołączyło do nich walenie klockami w stół. Zadrżałam. Nieuchronnie czekała mnie wyprawa do sklepu, jednak świadomość konieczności:
• ubrania dwóch wijących się potworów w wiele warstw wierzchnich,
• uważnego koordynowania marszu oraz omijania psich min chodnikowych,
• dyscyplinowania młodzieży w sklepie, by nie rozbiegła się po pomieszczeniu, nie nagryzała pieczywa i nie rzucała się pod nogi innych klientów
stanowczo mnie zniechęciła. No, myśl matko kreatywna, myśl…postanowiłam zasięgnąć rady niezastąpionego wujka Gogola, tym bardziej że hałas i powszechne niezadowolenie społeczne rosło, a ja sama zaczęłam mieć ochotę na orzeźwiające lody. I znalazłam!
Niezwłocznie przystąpiliśmy do działania, na szczęście prawie wszystkie produkty były dostępne. Cała operacja trwała 10 minut, a potwory ochoczo pochłonęły swoje porcje, a potem mrużąc oczy z zadowolenia przez całe 10 minut siedziały na kanapie nie odzywając się ani słowem! Bezcenne!



P.S. Zastąpiłam duży worek zwykłą torebką foliową szczelnie zamkniętą gumką recepturką (torebka nie może być dziurawa!). Lody wyszły naprawdę niezłe, podobne w smaku do Bambino- tylko szybko się topią.

poniedziałek, 8 marca 2010

Armagedon

- Mamoooooo, nie mogę znaleźć mojego bakugana draganoida*
- Dlaczego mnie to nie dziwi?




P.S. Historia ta jest oparta na faktach autentycznych i wydarzyła się kilka dni temu. Nie zrobiłam wtedy zdjęcia bałaganu, gdyż zanim się do tego zabrałam pokój został doprowadzony do jako-takiego ładu. Jednak nie zawiodłam się na mojej drużynie siejącej chaos i dezintegrację i dzisiaj specjalnie na użytek bloga mamusi powtórzyli swoją akcję. Dziękuję Wam dzieci!

* bakugan to idiotyczna zabawka wielkości przepiórczego jajka, aktualna
fascynacja chłopców w wieku przedszkolnym. Co roku jest inna, w tym rządzą
bakugany.

środa, 3 marca 2010

Klocki



Dwie głowy pochylone w skupieniu nad kontenerem z klockami. Uwielbiam ten widok!
- Mamo, zobacz zbudowałem rakietę kosmiczną z silnikami odrzutowymi i laserem.
- Wow! Fantastyczna! Marysiu, a Ty co budujesz?
- Dziadzia tu.
- Dziadka???
- Taaaa

Niedawno moi rodzice przywieźli z domu dwa pudła klocków Lego. Tyle się tego uzbierało przez jakieś 20 lat dzieciństwa mojego, mojego brata i siostry. Kilka dni trwało pranie klocków, potem suszenie na ręcznikach rozłożonych w całym mieszkaniu. Niektóre z tych klocków sprawiły, że wróciły dziecięce wspomnienia. Pamiętam swój pierwszy zestaw, przywieziony zapewne przez mojego Tatę ze Szwecji. Otwieranie pudelka, układanie zestawu to było dla nas prawdziwe święto, zwłaszcza że klocki były wówczas naprawdę trudno dostępne. Pamiętam jak z bratem czekaliśmy podekscytowani w dużym fiacie zaparkowanym pod Peweksem. Tata wrócił z wielkim pudłem klocków Lego, w zestawie wielki galeon z biało-niebieskimi żaglami…ech! Cóż to był za zachwyt i radość, a potem kilka dni składania tego cuda.
Lego na szczęście nie zmieniło się, nadal są to klocki świetnej jakości i jak widać przechodzą z pokolenia na pokolenie. Moje klocki zasiliły zbiór Jasia, który już wcześniej był pokaźny. Kiedyś przekazywano dzieciom srebrną zastawę, dziś zestawy klocków, znak czasu. Tylko jedno mi się we współczesnych Lego nie podoba, ostry podział na zestawy dziewczyńskie i chłopięce. Dla chłopców piraci, rycerze, budowlańcy, policjanci, poławiacze diamentów, dla dziewczyn różowiaste salony fryzjerskie, stragany z lodami i stadniny dla kucyków. Za moich czasów zestawy były unisex, a płeć ludzika zmieniało się błyskawicznie wciskając mu na głowę odpowiednie ufryzowanie.
I martwi mnie jeszcze coś. Jeśli liczba klocków w naszym domu, będzie przyrastać w takim tempie, to moje wnuczęta będą mogły zbudować z klocków replikę Pałacu Kultury w skali 1:1.

wtorek, 2 marca 2010

Karrramba!!!

Przeklinać zdarza się chyba każdemu. Dzieci natychmiast łapią nieodpowiednie dla nich słowa i używają w każdej możliwej kombinacji, efekty są komiczne. Ale najzabawniejsze są słowa wymyślone przez dzieci. Jasio długo używał jako ,,słownego przecinka’’ wyrażenia ,,boszka''. ,,O boszka, znowu do przeeedszkooolaaaa!''
Teraz nadmiernie eksploatuje słowo ,,gów.o'',tu - przyznaję się bez bicia, moja w tym wina...ale, powiedźcie sami, jak tu zachować spokój kiedy każdy spacer to lawiracja pomiędzy powyższymi psimi ,,gów..mi'' leżącymi na chodniku?
Maria jeszcze nie wykazuje zainteresowania mową, potrafi w sposób niewerbalny wymusić na rodzinie posłuszeństwo i na razie jej to wystarcza:-)
Ale do rzeczy. chciałam polecić książkę: Michała Rusinka ,,Jak przeklinać poradnik dla dzieci'' Wydawnictwa Znak. Rusinek jest sekretarzem Wisławy Szymborskiej i sam pisuje limeryki, wiersze i książki. Przypomniałam sobie o tej książce wczoraj, gdy słuchaliśmy z dziećmi płyty Menu Chopinowskie, do której Michał Rusinek dopisał zabawne wierszyki.
Przeczytaliśmy więc poradnik raz jeszcze i uśmialiśmy się do rozpuku, po czym nastąpiła sesja wymyślania własnych przekleństw. Maria ostentacyjnie nie uczestniczyła w naszej zabawie, jak się potem okazało zamierzała sama zająć się tym problemem…

sobota, 27 lutego 2010

Reguła

Kawa kawa kawa najwyższy czas...dziecko małe nie śpi, już nie śpi. W przeszłość odeszły leniwe popołudnia z dzieckiem śpiącym i śliniącym się słodko w pościeli, przynajmniej przez święte półtorej godziny. Cisza z której korzystam...parzę kawę i moszczę się na krześle. Nagle zjawia się. Najpierw widzę czubek głowy wychylający się zza drzwi. Potem wyłania się cała imponująca postać. ,,MAAAAMMMMAAAAA'' Zostałam zdekonspirowana. Pozwoliłam sobie na przerwę od dziecka, dziecko na to nie pozwala. O nie. ,,MAAAAMMMMAAA JAAAAAA'' Cóż to może znaczyć? Piciu? ,,NIE!'' Jeść? ,,NIE!'' Siku? ,,NIE!'' Kupa? ,,TAAK!'' całym swoim jestestwem...dlaczego od razu na to nie wpadłam. Dziwnym zbiegiem okoliczności kawa równa się kupa. Zawsze.

To historyjka, którą napisałam na warsztatach pisarskich dla młodych mam. Jest oczywiście trochę wyolbrzymiona. Rzeczywiście moment picia kawy uważam za swój rytuał, jedyną chwilę, gdy mogę przez chwilę odpocząć. A żeby mieć możliwość odpoczynku idealnie było by gdyby Maluch zajął się przez chwilę sobą dlatego trzeba czasem wymyślić dla niego arcyciekawą zabawę, przynajmniej na czas picia kawy. Oto jedna z nich. Należy pamiętać, że pisaki mają być zmywalne!


wtorek, 23 lutego 2010

Mufiny na bloga

Odkąd kupiłam najpierw blachę do muffinów, a potem silikonowe ,,papilotki'' pieczenie ich stało się naszą rodzinną tradycją. ,,Baaaabyyyy'' krzyczy moja córka widząc, jak wyjmuję foremki. Robiąc zdjęcia do bloga wymyśliłam taki oto przepis na pyszne muffiny (przynajmniej mój syn tak twierdzi, a to bardzo wybredny niejadek).
A więc start! Najpierw nagrzewamy piekarnik.
Składniki suche:
3/4 szkl. maki pszennej
1/2 szkl. mąki żytniej
1/2 szkl. cukru brązowego
3 łyżki otrębów
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody

Składniki mokre:
250 ml. maślanki lub kefiru
1 jajo
70 gramów stopionego masła
oraz dwie garście mrożonych jagód lub malin (jakżeli ktoś zapomniał w sezonie zamrozić powinien udać się w lodowate zakamarki markeeetów)

Składniki suche dobrze wymieszać , połączyć ze składnikami mokrymi. Dołożyć zamrożone owoce i jeszcze raz wymieszać. Nakładać do foremek i piec ok. 10 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza. Po upieczeniu można oprószyć cukrem pudrem.