Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kuchni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kuchni. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

Styl świąteczny.

Dzisiejsza stylizacja jest typowo odświętna. W takich strojach można pokazać się zarówno na rodzinnej imprezie, jak też na wypadzie ze znajomymi. Połączenie wzorów i kolorów najmodniejsze w tym sezonie, choć niezaprzeczalnie ponadczasowe. 
Za stylizację jest odpowiedzialna znana w świecie stylistka piernikoych ludków: Maria
Karnacja: przyprawy korzenne i 15 minut w piekarniku
Dodatki: Doktor Etker i spółka

niedziela, 25 listopada 2012

Post tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Jesteśmy mięsożercami. To fakt. Odkąd gotuję moim dzieciom  zaczęłam bardziej interesować się skąd pochodzi mięso, którego używam, jak zwierzęta są hodowane, czym są karmione, oraz, no właśnie...jak są zabijane. Niedawno oglądaliśmy film dokumentalny ,,Chleb nasz powszedni''  Nikolausa Geyrhaltera. W filmie bez komentarza oglądamy produkcję żywności na skalę przemysłową. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Zwłaszcza sceny z rzeźni są przerażające. Każdy konsument powinien mieć świadomość tego, co je i jaką drogę przebył dany produkt, zanim trafił na nasz talerz. Swoim dzieciom staram się to uświadamiać.
Staram się również kupować mięso w sprawdzonych miejscach. Kurczaki kupuję na bazarze, u Pani która ma ich zaledwie kilka. To najlepszy dowód, że nie są produkowane na skalę przemysłową.
Może Wam się to wydać dziwne, ale Maria z chęcią asystowała mi przy oprawianiu kurczaka. Z ciekawością przyglądała się nóżkom i podrobom. Przy okazji zrobiliśmy małą lekcję anatomii. Przykro jej było, że kurka nie żyje, ale teraz już wie z czym wiąże się jedzenie mięsa i jeśli w przyszłości zechce być wegetarianką, to będzie jej świadoma decyzja, a sterta nóżek w sklepie mięsnym nie będzie dla niej abstrakcyjnym produktem pozbawionym przeszłości. Nauczyła się też tego, że jeśli już ta kura została pozbawiona życia, byśmy my ją zjedli, nie możemy zmarnować ani kawałka. 
Bardzo podoba mi się robota, jaką odwala Jamie Oliver. Bo okrutna prawda moi drodzy jest taka, że dziś na obiad Świnka Peppa. Miejmy tego pełną świadomość. 


Świeży drób można poznać po nóżkach
Lekcja anatomii


niedziela, 18 listopada 2012

Święto Dobrego Jedzenia

Czy pisałam już, że dzięki dzieciom odkrywam swoje pasje? Dzięki temu, że Jasio zaraził się pasją gotowania, ja zostałam edukatorką Szkoły na widelcu, od której wszystko się zaczęło. Całą sobotę spędziłam: słuchając ciekawych wykładów poświęconych żywieniu dzieci, gotując oraz dyskutując o tym co można zrobić, by poprawić jakość żywienia w szkołach i domach. 
Dziś jako miłośnicy dobrego jedzenia i przede wszystkim zdrowego gotowania odwiedziliśmy Good Food Fest. Było cudownie. Fantastyczna, wręcz rodzinna atmosfera, tłumy zadowolonych ludzi i mnóstwo pysznego jedzenia! Maria zjadła ze dwa liście jarmużu i spróbowała wszystkich rodzajów sera ze Skaryszewów. Syn mój pod okiem Grzegorza Łapanowskiego (myślę, że śmiało mogę go nazwać wielkim idolem Jana) mieszał, siekał i ozdabiał potrawy. Piękny dzień! W lodówce mam teraz między innymi: buraka liściastego, białą marchew, ser szenker,  hiszpańską oliwę i obgryzionego przez Marysię zielonego kalafiora. Mam nadzieje, że Jasiek pomoże mi w kuchni i stworzymy z tych produktów kila pysznych dań. 
I tylko jedno się dzieciakom nie podobało, że impreza nie miała polskiej nazwy...
A tutaj niespodzianka (taram taram) blog mojego syna: Jana gotowanie 

Dzieciaki w akcji

 Maria w pracy
Degustacja

P.S. Wiecie chyba, że w wychowaniu dzieci bywam czasem samolubem? Dlatego widzę jeszcze jedną i najważniejszą zaletę rozwijania pasji mojego syna. Będzie mi pysznie gotował!!!!!

czwartek, 20 września 2012

Kulinarne objawienia

Jan interesuje się kuchnią. Nie żeby gotował, ale od czasu do czasu zrobi nam kawę, czy kanapkę. Jest fanem Magdy Gessler i podczas podróży po Polsce wypatruje restauracji, które odmieniała. W ostatnie wakacje miał okazję poszerzyć swoją wiedzę i na dobre wsiąknąć w kuchenne klimaty. Wszystko za sprawą ,,Szkoły na Widelcu''. Jan ,,zaskoczył'' już na pierwszych zajęciach, na których został podkuchennym prowadzącego zajęcia Grzegorza Łapanowskiego. Kroił i mieszał z namaszczeniem. Maria oczywiście była równie zachwycona, bo wszystkie kulinarne czynności traktuje jak świetną zabawę. Od brata różnił ją jedynie jeden szczegół: nie chciała jeść przygotowanych przez siebie potraw. 
,,Szkoła na Widelcu'' jest fantastyczna! Kucharze i wolontariusze prowadzący zajęcia opowiadają z pasją o jedzeniu i są w stanie przekonać każdego niejadka do spróbowania czegoś nowego. Wielu z rodziców otwierało oczy ze zdziwienia patrząc na własne dzieci próbujące smakołyków jakich w domu nie jadają. Przepisy były proste, w końcu dzieci musiały same wykonać potrawę. Podobała mi się wielka dbałość o estetykę podania i garnirunek. Produkty były najwyższej jakości, ekologiczne i nawet talerze, na którym dzieci tworzyły swoje ,,dzieła'' można było zjeść (były zrobione z otrębów).
Dzięki warsztatom wzbogaciliśmy nasze menu o nowe potrawy i składniki. Dzieci zażyczyły sobie komosy ryżowej i papieru ryżowego. Jasio męczy mnie, żebym nauczyła go gotować. Póki co potrafi ugotować jajko na miękko i poznaje zasady bezpiecznego korzystania ze sprzętu kuchennego. 

Maria robi niby ,,suszi'' z buraków i wędzonej ryby. 

Jasio kroi owoce sezonowe

Najbliższe warsztaty Szkoły na Widelcu już 29 września podczas tego wydarzenia. Zapisujcie się, śledźcie wpisy ,,Szkoły na Widelcu'' na FB, bo warto!

Wszystkie warsztaty wakacyjne odbywały się pod Zamkiem Ujazdowskim, w którym znajduje się Centrum Sztuki Współczesnej w trakcie akcji ,,Zielony Jazdów''. Zielony Jazdów ze swoimi hamakami i swobodną atmosferą stał się naszym ulubiony warszawskim miejscem w wakacje. Mam nadzieję, że w przyszłym roku akcja zostanie powtórzona. Oprócz koncertów, wykładów i prelekcji w niedzielę można było zaopatrzyć się w świeże i ekologiczne warzywa z gospodarstw: Majlert  i Pana Ziółko
Dzięki tym mini targom mieliśmy okazję spróbować kwiatów cukinii, karczochów i dyni makaronowej, która okazała się drugim po warsztatach kulinarnych objawieniem. Jest wspaniała i naprawdę po ugotowaniu jej miąższ skrobany widelcem rozdziela się na makaronowe włókna. Dynia jest świetnym dodatkiem do sosów lub surówek. Pycha!





czwartek, 19 lipca 2012

Bruschetta dla dorosłych

Dzieci wyjechały na całe trzy tygodnie! Jest ciężko, tęsknie bardzo, szaleję z tęsknoty. Z tego wszystkiego chwytam się rozpaczliwych prób chwilowego chociaż zapomnienia. Jak sobie radzić? Na przykład sprzątć. Jednak posprzątanie mieszkania zajęło mi trzy dni, a teraz (o dziwo) ład i porządek trwa sobie spokojnie, a wszystkie rzeczy odłożone przeze mnie na miejsce, na nich pozostają. Więc co tu robić, żeby nie tęsknić? Można zająć się sprawami bieżącymi, takimi jak wymiana kabiny prysznicowej, która to od miesiąca się nie domyka, ewentualnie odmalować ścianę tę czy tamtą. W ten sposób jeden dzień minie niepostrzeżenie i pożytecznie. Jeśli rozpacz chwyci i przydusi, zawsze zadziała dobre kino, albo film nagrany dawno temu. Oczywiście omijamy wszystkie kanały dla dzieci, żeby sobie nie przypominać! Czytanie też odpręża i pozwala na chwile zapomnienia, trzeba jednak uważać, gdyż niepokojeni możemy się tak zaczytać, że zapomnimy o całym świecie. Można oczywiście pójść w sporty, wsiąść na rower i pojechać w jakieś miejsce, gdzie nie ma za dużo dzieci (żeby nie zacząć tęsknić rzecz jasna), albo wskoczyć do basenu i przepłynąć kilkanaście długości, nie patrząc Broń Boże w stronę brodziku, gdzie rodzice znużeni do pasa  asekurują swe pociechy. Jeśli i to nie pomaga spróbujmy, choć to niezdrowe, opróżnić butelkę wina i zjeść coś, czego nasze dzieci nie jadają (np. bruschettę, której moje dzieciaki nie wiedzieć czemu nie lubią). Jeśli już absolutnie nic nie działa warto spróbować wybrać się na koncert lub do klubu potańczyć. Głośna muzyka zagłuszy tęsknotę. Najgorzej jest jednak w weekedny, gdy czasu wolnego dużo. Wtedy zalecam spanie, najlepiej do południa. Śpiąc nie tęsknimy, chyba że śnią nam się nasze ukochane, wyczekiwane z utęsknieniem dzieciaczki:-)

Przepis na bruschettę, w razie gdyby
bułka lub chleb (ja używam to co mam pod ręką, w tym przypadku grahamkę)
5 pomidorów
ząbek czosnku
dobra oliwa z oliwek
duża garść świeżych ziół (na moim balkonie rosła akurat: bazylia, rukola, pietruszka i oregano)
krem na bazie octu balsamicznego (do kupienia w delikatesach lub marketach - to czarne do ozdoby i smaku)
Pomidory parzę, ściągam skórę, wykrawam gniazda nasienne i kroję w kostkę. Zioła myję, osuszam i siekam. Czosnek siekam. Wszystko mieszam, odrobinę solę, dodaję oliwę. Przekrojona bułkę grilluję na patelni, można też wsadzić do piekarnika. Gdy lekko się przypiecze i stanie się chrupiąca nakładam pomidory i polewam kremem balsamicznym. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bomba węglowodanowa

- Mamusiu zrób mi kanapkę.
- A z czym? Mam: serek, szynkę, dżem, pomidora...
- Z kluskami!


Ciekawe co na to dietetyk?

wtorek, 28 lutego 2012

Retro w kuchni

Po pierwsze to upiekłam po raz kolejny raz w życiu biszkopt. Wyrósł bujnie, rumienił się pięknie, a ja podziwiałam go z zachwytem przez okienko piekarnika. Już myślałam, że biszkoptowa klątwa została ze mnie zdjęta, gdy nagle okazało się, że bikszopt tylko się ze mnie natrząsał. Gdy tylko wyłączyłam piekarnik (nie, nie otwierałam go!) zapadł się w sobie, zrobił wydech i osiadł nisko w tortownicy.
Po drugie syn w ramach Uniwersyteu Dzieci odwiedział Dom Spotkań z Historią i odbył lekcję na temat zwyczajów panujących w przedwojennej Warszawie. Z zajęć przyniósł pracę plastyczną i staroświecki przepis na ,,Leguminę wanilijową z jabłek''.
Po pierwsz dodać drugie powstała legumina. Jako, że spurchlały biszkopt nadawał się do wszystkiego tylko nie do przełożenia kremem, zaszczycił swoją obecnością leguminę.
Przepis nieco zmodyfikowaliśmy, w oryginale brzmiał tak (niestety nie znam źródła):
,,Wziąść mleka kwartę, włożyć do niego kawałek wanilji, skórki cytrynowej samej żółtej i zagotować, a potem wystudzić. Tymczasem 8 lub więcej jabłek obrać, pokrajać w kostki i udusić z masłem i cukrem, aby były miękkie, bułki nakrajać w kostkę i w głęboki tygiel fajansowy lub półmisek z rondem sypać warstwami jabłka z bułką, a na sam wierzch cienko ukrajanych grzaneczek ułożyć na środku gwiazdę dużą, a brzegami w ukos. Dopiero wziąść owo wystudzone mleko, wbić do niego 2 całych jaj i pięć żółtków, 6 łutów cukru, rozbic motewką dobrze i zalać zupełnie jabłka, posypać po wierzchu cukrem, wstawić w piec miernie napalony, aby upiec a nie przypalić.''
 Nasza uwspółczesniona wersja:
350ml mleka
1 laska wanilii
skórka z mandarynki w obliczu braku cytryny
1 jajo
2 żółtka
5-6 jabłek
cukier
łyżka masła
jeden nieudany biszkopt ewentualnie 2-3 czerstwe bułki, chałka lub rogale
Mleko należy zagotować z wanilią i skórką i odstawić do ostygnięcia. Laskę wanilii wyciągnąć, rozkroić i wydłubane ziarenka wrzucić do mleka. Bułki pokroić. Jabłka rozgotować z masłem i cukrem do smaku. Do keksówki lub innej brytfanki kładziemy jabłka na zmianę z bułką. Do ostudzonego mleka wbijamy jajko i wlewamy żółtka, dodajemy 2 łyżki cukru i energicznie mieszamy. Powstałą mieszaniną zalać jabłka z bułką. Piec około pół godziny w piekarniku rozgrzanym do 150 stopni.
Tak oto wszystko dobrze się skończyło. Ja utwierdziłam się w przekonaniu, że co jak co, ale biszkoptów to piec nie potrafię. Dzieci poznały znaczenie kilku nowych słów typu łut, kwarta, motewka, tygiel i nauczyły się, że jedzenia nie można marnować nawet gdyby był to podeszwopodobny biszkopt. A na dodatek powstał smaczny retro-deser. 

czwartek, 19 stycznia 2012

Jedzenie dla dorosłych

Dzieci wyjechały. Rodzice nie mają co robić z czasem, dlatego tez postanowili nadrobić zaległości filmowe i prawie codziennie chadzają do kina. Maria i Jan testują w tym czasie cierpliwość dziadków.
Wczoraj natomiast korzystając z nadmiaru wolnego czasu przygotowałam kolację. W wyniku moich kulinarnych eksperymentów powstały całkiem smaczne babeczki.
Babeczki z konfiturą cebulową
Konfitura:
0,5 kg czerwonej cebuli
ząbek czosnku
łyżka miodu lub cukru
5-7 łyżek octu balsamicznego
oliwa
sól, pieprz, tymianek
Kruche ciasto:
pół kostki masła
jajo
mąka
Polewa:
pół kubka śmietany 12%
jajo
garść startego sera żółtego
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
Zaczynam od wyrobienia ciasta kruchego, dodaje tyle mąki by nie kleiło się do rąk. Wylepiam nim silikonowe foremki do muffinów, nakłuwam i wkładam do lodówki.
Cebulę kroję w piórka. Wrzucam na rozgrzaną oliwę, solę i smażę aż się zeszkli. Następnię duszę na małym ogniu dodając miód (lub cukier) i czekam aż cebula zacznie karmelizować. Dolewam ocet i dodaję tymianek i czosnek. Gotuję aż cebula zmięknie. W tym czasie nagrzewam piekarnik do 200 stopni i wkładam babeczki. Podpiekam 15-20 minut. Wyjmuję je z pieca, nakładam do środka po łyżce konfitury i zalewam śmietaną. Wkładam do piekarnika i zapiekam aż śmietana z jajkiem się zetną i zarumienią.
Zamiast bawić się w lepienie babeczek zawsze można po prostu upiec dużą tartę w okrągłej blaszce.
                                                niezbyt fotogeniczna, ale naprawdę smaczna
A teraz uwaga, uwaga daję upust swojej próżności, zgrywam idealną panią domu i chwalę się: mało że babeczka mojej roboty to jeszcze talerz mojej roboty! Ha!

środa, 11 stycznia 2012

Zupa marchewkowa na kolację

Osobiście uważam, że od najmłodszych lat powinniśmy kształtować gust naszych dzieci. Opieram sie przed kupowaniem zabawek/ubrań/książek na które upierają się moje dzieci, a które mnie się nie podobają. Ważne jest dla mnie również, aby ich poczucie humoru poszło w odpowiednim kierunku i by w przyszłości zaśmiewały się z Latającego Cyrku Monty Pythona czy Kabaretu Potem, a nie z żartów gastrycznych prezentowanych chociażby w popularnych gazetkach dla dzieci, czy gagów z filmów z Hanah Montaną w roli głównej. Wykorzystuję w tym celu książki, filmy, spektakle teatralne a nawet gry komputerowe i przy okazji sama się świetnie bawię:-)
Przyznam się, że książkę tą zakupiłam sobie samej na urodziny. Przeczytałam w święta wywiad z autorką i pomyślałam, że muszę mieć. ,,Gratka dla małego niejadka'' Emilii Dziubak  jest pięknie ilustrowana i wydana z dużą starannością.  Dzieci wyrywały ją sobie z rąk, mimo stonowanej kolorystyki i nieco ponurawych postaci (np. rodzinka owoców suszonych). Poczucie humoru wspaniałe! Dzieciaki, a ja wraz z nimi chichrałam się na widok truskawy w ekwpiunku nurka, pływającej w ,,słodkim kompociku'', czy labiryntu pt. ,,wygoń robaka z kapusty''. Cudo! A najlepsze jest to, że przepisy prezentowane w książce są proste i łatwe do przygotowania dla dzieci. Najlepszy dowód na zdjęciach poniżej:

rekonesans
                                                               przygotowanie składników
(dziękujemy stukrotnie Kochanej Sąsiadce za pożyczkę marchewkową!)
degustacja

niedziela, 18 grudnia 2011

Piernik z Wrzący b. dobry

Babciu, wiesz że piekę piernik z Twojego przepisu. Dziękuję, że zapisałaś. Nie, nie ten ,,dobry'', ani ten ,,oszczędnościowy''. Ten z Wrzący, napisałaś ,,b.dobry'' Chyba wiele razy go robiłaś, cała strona poplamiona, nawet odsicnęło się dno szklanki. Tak wiem, że musi odstać swoje, dlatego zrobiłam tydzień wcześniej. No domyśliłam się, że mleko przez pomyłkę skresliłaś, bo jak za pierwszym razem zrobiłam bez mleka, ciasto było za gęste.  I cukru mniej dodałam. Ja wiem, że ciasto MUSI być słodkie Babciu, ale miód i tyle cukru za dużo...No linię też trzymam, ale po prostu wolę mniej słodkie. Domyśliłam się, że pulchnik to proszek do pieczenia, tylko zamiast zapachów dodałam przypraw korzennych. No teraz to Babciu wszystko jest. Goździków dodałam, gałki, cynamonu, imbiru. Tylko nie napisałaś ile mam piec, nie wiedziałam, chyba za długo trzymałam w piekarniku. Mam nadzieję, że wyjdzie dobry. Babci pewnie zawsze pyszny wychodził, dużo lepszy niz mój. No jak będę piekła co roku to też mi będzie wychodził i przepiszę przepis do swojego zeszytu. Jak to po co? Żeby Marysia mogła kiedyś upiec ,,Piernik ze Wrzący b. dobry'' od swojej Prababci Zosi. No nie poznałyśmy się Babciu, ale czasem czuję jak na przykład wtedy gdy piekę ten piekrnik i przeglądam Twój zeszyt, że wiele nas łączy.
przepis na piernik pisany przez moją Babcię
piernik w całej okazałości

Składniki:
1 kg maki (użyłam mniej, ok. 700g)
1 szkl. miodu
1 kostka margaryny
1 szkl. śmietany
1 szkl. mleka (tłustego)
1/2 kg cukru - dodałam szklankę
4 jaja
2 łyżki sody
1 opakowanie proszku do pieczenia
karmel z czterech łyżek cukru
przyprawy do piernika, ja dodałam: po łyżce cynamonu, imbiru, goździków, i pół łyżeczki gałki
bakalie i orzechy: ja dodałam migdały i żurawinę suszoną
W garnku z grubym dnem robię karmel. Wyłączam kuchenkę, do karmelu dodaje miód i przyprawy korzenne mieszam trzepaczką, dodaje margarynę i mieszam póki się nie rozpuści. Dolewam mleko i śmietanę. Gdy masa przestygnie wbijam jajka i mieszam. Mąkę mieszam z proszkiem i sodą. Dosypuję mąkę do masy, na koniec dodaję bakalie. Wlewamy ciasto do nasmarowanych tłuszczem (chyba, że się ma silikonowe) brytfanek. Piekłam ok. 75 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

niedziela, 23 października 2011

Dynie

Sezon dyniowy rozpoczęty.
Pierwsza dyniowa zupa, zrobiona ze trzy lata temu to była totalna porażka. Od tamtego czasu moja przyjaźń z dynią ewoluowała. Moje tegoroczne zupy są już wyśmienite-przynajmniej dla mnie:-)

                                                                     Zupa na dyni

Składniki:
1 kg dyni
2 cebule
2 zabki czosnku
3-4 pomidory suszone
litr bulionu
2 cm. świeżego imbiru (dzięki Sąsiadko za pomysł!)
sól, pieprz, curry, papryka wędzona w proszku
oliwa
pestki z dyni do przybrania
ew. jogurt naturalny
Dynię kroję na kawalki i piekę w piekarniku (temp. 150 stopni) okolo godziny. Gdy się upiecze łatwo ją oddzielić łyżką od skóry.
W czasie gdy dynia się dopieka w garnku na oliwie podsmażam pokrojona cebulę, pomidory, czosnek i imbir. Dodaję przyprawy i chwilę mieszam. Dolewam bulion (może być z kostki). Dodaje dynię i gotuję aż zacznie bulgotać. Miksuje zupę na krem. Pestki z dyni prażę przez moment na suchej patelni. Posypuję zupe pestkami, można dodać łyżkę jogurtu lub śmietany.


                                              Kluseczki dyniowe w towarzystwie Marii 
Składniki:
500 g. dyni
250 g. serka riccotta
1 jajo
3/4 szkl. mąki
sól
Upieczoną i opbraną dynię odsączałam przez noc na sitku. Zmiksowałam ją z serkiem ricotta i jajkiem. Mase wymieszałam z mąka i solą. Kluski wkładałam łyżką do osolonego wrzątku. Gotoałam ok 5 min. Świetne są jako dodatek do mięs, choć Marysia wolała je posypać cukrem cynamonowym.



poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Apel

Kobiety-matki-pracownice-jeśli macie taką możliwość ruszajcie na dodatkowe studia weekendowe, a może wtedy i wasi mężowie odkryją w sobie głęboko skrywany talent kulinarny. Mój odkrył. Te pyszne dania wynagrodziły mi ostatni weekend spędzony w szkole. Sfotografowałam te cuda dla potomności. Po przepisy proszę się zgłaszać do mojego męża.

                                                                              Sobota

                                                                         Niedziela
I tylko nie myślcie, że u nas o tak jest, o nie:-)

piątek, 1 kwietnia 2011

Parówka najlepszym przyjacielem matki pracującej

I to nie żart prima aprilisowy! Długo się przed parówkami broniłam, ale w końcu uległam. W końcu to danie z mojego dzieciństwa. Zaklinam się, że pamiętam jak jechaliśmy do sołtysa po kartki na mięso, a potem do sklepu i czekałam tylko na piękne, lśniące w swoich osłonkach parówki. Nie ma nic prostszego do przygotowania i czasem z ulgą przyjmuję żądania parówki na kolację, zwłaszcza gdy po ciężkim dniu wracamy do domu. Przed kupnem proponuje poczytać skład. Jeśli po przeczytaniu dostajecie ciarek na całym ciele, odłóżcie parówki na regał i opuście sklep niezwłocznie. Zawsze można się udać do sklepu z ekologiczną żywnością i kupić parówki zrobione prawie wyłącznie z mięsa, co nie jest wcale oczywistością. Nie kupię jak wypatrzę w składzie mięso oddzielane mechanicznie od kości, brrrr, długą listę EEEEEE, albo skórki z kurcząt. Sami widzicie, że aby kupić dobre parówki trzeba mieć swoją metę.
A jak już uda mi się kupić jadalne parówki to zazwyczaj dzieciaki jedzą je tradycyjnie z ketchupem lub kombinujemy na rożne sposoby, gdy mamy troche więcej czasu.

Na przykład parówki w cieście drożdzowym, przepis tu.

Spaghetti parówkowe. Dla usprawiedliwienie dodam, że było dużo zabawy przy gotowaniu, a poza tym w sosie było pół główki czosnku i zmiksowane z pomidorami brokuły, a wszystko polane odrobiną oleju lnianego.


poniedziałek, 21 marca 2011

Kasza atakuje katar

Ostatnio na śniadania i kolacje króluje kasza jagnlana. Jak wiadomo bowiem kasza jaglana pomaga na katar i wzmacnia odporność. Nie wystarczy jednak się na nią patrzeć, trzeba ją również zjeść. A ile można jeść kaszę gotowaną na mleku polaną syropem klonowym? Gdy więc stawiając kaszę na stół zaczynały się głosy typu ,,znowwwuuu?'' postanowiłam zakamuflować kaszę, zdezorientować dzieci, a wszystko oczywiście dla ich dorba i zdrowia! Wdziałam więc fartuch w kolorach moro i przystapiłam do akcji:
1. Kryptonim budyń
Pół szklanki kaszy jaglanej prażę chwilkę w garnku z grubym dnem. Następnie zalewam szklanką wrzątku i szkalnką mleka. Gotuję ok 15 minut na wolnym ogniu. Gdy kasza lekko przestygnie wrzucam ją do malaksera i mikuję z dodatkiem dwóch łyżek jogurtu, lub odrobiną mleka na gładką masę. I teraz można dodać: 3-4 kostki gorzkiej czekolady, albo mrożone owoce, np. truskawki, albo łychę mleka skondensowanego o smaku toffi z tubki. Miksować jeszcze chwilę, dosłodzić fruktozą jeśli to konieczne i podawać dzieciom jako budyń. Można włożyć do silikonowych foremek do pieczenia muffinów i gdy budyń  ostygnie i nabierze kształtu wyłożyć na talerz. Wygląda obłędnie i jeszcze bardziej zdezorientuje dzieci, które zjedzą ze smakiem kolejną porcję jaglanki.


2. Kryptonim placki
Gdy zostanie trochę kaszy ze śniadania - na kolacje na bank będą placki. Kaszę mieszam z mlekiem/maślanką/jogurtem, rozdrabniam widelcem, można tez zmiksować w blenderze. Dodaję dwa jaja, mąkę, łyżkę oleju i starte jabłko, lub rozgniecionego banana. Smażę placki na złoto i podaję niczego nie podejrzewającym dzieciom.

3. Kryptonim creme brulle
Przygotowuję kaszę jak na budyń karmelowy, dodaję tylko odrobinę ekstraktu z wanilii. Wkładam do żaroodpornych miseczek posypuję brązowym cukrem i zapiekam chwilę w piekarniku ustawionym na grill, aż z cukru utworzy się karmelowa skorupka. Dzieci szaleją ze szczęcia.


A tu jeszcze kilka fajnych pomysłów:



wtorek, 1 marca 2011

,,A gdzie jest Prosiaczek? Też sobie przypomniał, że zapomniał...''

Pamiętałam, żeby 23 lutego zamieścić urodzinowego posta, ale zapomniałam, że pamiętałam...zresztą to u mnie normalne.
Moi dordzy jakby nie patrzeć rok minął odkąd pojawiłam się w blogosferze...no cóż, chyba trochę się uzależniłam i pewnie z tych dotychczasowych dziewięciu  tysięcy wejśc na bloga, z pięć jest moich...
Ponieważ staram się być na diecie (choć czasem zapominam, że jestem), to tortu sobie z tej okazji nie upiekłam. Wkleję Wam za to zdjęcie mojego ulubionego brownie, które wygląda jak zakalec i jestem z tego dumna!

Brownie
2 tabliczki gorzkiej czekolady (im lepsza jakośc czekolady tym lepsze ciasto)
kostka masła
6 jaj
100 g mąki (tj. 10 płaskich lyżek)
150 g cukru
bakalie (ewentualnie)
Czekoladę należy rozpuścić z masłem w kąpieli wodnej i odstawić do ostygnięcia. Włączcie piekarnik na 180 stopni. Jajka zmiksujcie z cukrem i mąką i cały czas miksując dodawajcie ostudzoną czekoladę. Wmieszajcie w mase bakalie i wylejcie ciasto na wyłożoną pergaminem blachę.
Ciasto piecze się około 20 minut.
Jak uznacie, że jest za mało czekoladowe, można dorobic polewę z dwóch tabliczek czekolady rozpuszczonych w kąpieli wodnej ze szklanką śmietanki 30%. Albo podajcie je z bitą śmietaną, albo z lodami, albo polane likierem...
Wygląd zakalcowaty odstraszy co bardziej konserwatywnych smakoszy, dzięki czemu więcej ciasta zostaje dla was.
Smacznego.


poniedziałek, 10 stycznia 2011

Ciasto zamiast kuligu

W niedzielę miał być kulig, niestety zamiast sań przydałaby sie amfibia, więc z kuligu nici. Pani ze stadniny kazała czekać na śnieg. Czekam więc tak jak kiedyś, kiedy byłam mała. Czekam na śnieg i na kulig i nie mogę się doczekać.
Tymczasem żeby czekanie było łatwiejsze zrobiłam mój ulubiony sernik. Ulubiony z dwóch powodów. Po pierwsze nie trzeba go piec, co jest wielkim ugdogodnieniem, zwłaszcza jak się ma tendencję do przypalania ciast. Po drugie jest naprawdę dobry. Przepis pochodzi z Lublina.
Sernik Ewy  Ś.
2 litry mleka
400ml śmietany 18%
4 jaja
3/4 szklanki cukru
cukier waniliowy (ja dodaję ekstrakt)
kostka masła (temp. pokojowa)
Na spód:
paczka ciastek (najlepsze digestive, albo kruche piernikowe)
1/3 kostki masła rozpuszczonego
Na wierzch:
truskawki (ok. 500g) użyłam mrożonych
żelatyna
cukier do smaku

Mleko gotujemy w garnku z grubym dnem. Gdy zacznie się gotować wlewamy śmietanę rozbełtaną z jajkami i dokładnie mieszamy trzepaczką. Gotujemy na bardzo malym ogniu ok. półtorej godziny. Mleko się zważy i wytrąci się ser.Trzeba często mieszać i nie dopuścić, żeby do dna garnka cokolwiek przywarło. Gdy ser będzie gotowy należy go odcisnąć na sitku wyłożonym gazą/ścierką/pieluchą tetrową. Czekamy aż ser ostygnie. W tym czasie:
Rozmrożone truskawki należy zmiksować. Do pół szklanki wrzątku wsypujemy odpowiednią ilośc żelatyny, rozpuszczamy dokładnie mieszając i wlewamy do truskawek. Mieszamy energicznie.
Ciastka wsypujemy do malaksera i miksujemy, albo wrzucamy do szczelnej torebki i okładamy wałkiem. Rozdrobnione ciastka mieszamy z rozpuszczonym masłem i wykładamy masa tortownicę. Można też tortownice wyłożyć herbatnikami/biszkoptami, albo upiec kruchy spód.
Masło miksujemy z cukrem i wanilią i dodajemy po troche sera. Masa może być trochę grudkowata, ważne by się nie zważyła. Wykładamy masę serową do tortownicy, zalewamy tężejącymi truskawkami i wkładamy do lodówki na kilka godzin.
Przepis skomplikowany ale naprawdę warto się troche namęczyć, bo efekt pyszny.

piątek, 31 grudnia 2010

Świąteczne ciasto

Dzisiaj o cieście mandarynkowym. Po pierwsze zaklinam Was: myjcie mandarynki, sparzajcie je, inaczej grozi Wam poważny rozstrój żołądka - jaki przydażył się Jasiowi i jego Tacie.
A jeżeli uwielbiacie smak i zapach mandarynek to zróbcie sobie ciasto mandarynkowe z przepisu Nigelli Lawson, choć w moim otoczeniu nazywane jest ciastem mandarynkowym Magdy. Także przepraszam Cię Nigello jakby co.
Wystarczy przygotować:
4 duże mandarynki lub 6 małych (powinny być bezpestkowe)
1 szklankę zmielonych migdałów (przed świętami powróciły do Lidla)
1 szklankę cukru (zgadnijcie co? dodaję mniej)
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
6 jajek
Mandarynki dokładnie myjemy, wkładamy do garnka i zalewamy wodą. Gotujemy na małym ogniu około godziny. Ugotowane mandarynki odcedzamy na sitku i leciutko odciskamy (żeby pozbyć się wody, a nie soku).Gdy owoce ostygną włączamy piekarnik na 180 st. Celsjusza. Całe mandarynki, ze skórą, wrzucamy do blendera i miksujemy na mandarynkową pulpę. Jeśli mandarynki mają dużo pestek można je przed miksowaniem wydłubać.
Do pulpy wbijamy jajka i miksujemy. Mączkę migdałową mieszamy z proszkiem i cukrem i dosypujemy do masy ciągle miksując. Ciasto jest dosyć rzadkie i takie powinno być. Wlewamy masę do okrągłej tortownicy i pieczemy godzinę w 180 st. Celcjusza.
Ja podaję to ciasto z polewą z gorzkiej czekolady. Te smaki bardzo do siebie pasują! Wierzch posypuję płatkami migdalowymi.
Życzę Wam smacznego, jak również Nowego Roku pełnego miłych niespodzianek, osiągniętych celów, snucia nowych planów i żeby było się z czego pośmiać, nawet gdybyśmy mieli  śmiać się  z samych siebie (ta refleksja naszła mnie po przeczytaniu fantastycznej książki Mariusza Szczygła ,,Zrób sobie raj'' o Czechach i ich podejściu do życia - polecam!)

czwartek, 2 grudnia 2010

Syndrom niedźwiedzia

Syndrom niedźwiedzia polega na tym, że z domu się wychodzić nie chce zwłaszcza żeby sie przekopywac przez zaspy na mrozie, spać za to się chce i szuka się nieustająco okazji żeby coś przekąsić.
Co jobisz? Kujki?
Tak skwitowała moja córka  lepienie tych pysznych ciasteczek. Jakoś nie chciała się przyłączyć, choć zajęcie było całkiem fajne i między innymi przez dzieci sprowokowane ( i niedźwiedzi apetyt). No bo jak to: pierwszy śnieg, a my ciastek nie robimy? spytał Syn. No to zrobiliśmy, a raczej im dalej w las tym więcej ja robiłam a dzieci się obijały, a że w przepisie była trzygodzinna przerwa lodówkowa, to ciastka kończyłam już całkiem sama. Za to wcinali wszyscy. 
Maria ostatnio lepi ślimaki z gumy do żucia i jest z nich bardzo dumna i ja też, bo tli się we mnie nadzieja, że ktoś jednak odziedziczył po mnie zdolności manulane i może nawet zrobi z nich pożytek. Niech żyją ślimaczki! Niech żyją ciastka! Niech zima idzie sobie precz! Niech ktoś mnie przekona, że to odzież się kurczy, a nie ja rozrastam!

Przepis na ciastka w oryginale tu.
Przepis na śliamki: wyżuć gumę, ulepić ślimaka, pochwalić się nim mamie, przylepić go w przypadkowym miejscu, ale nie we włosach, bo jak podpowiada doświadczenie: wyczesywanie  ślimaków z wlosów boli.

Ślimaczek przylepiony byle gdzie

Zmodyfikowany przeze mnie przepis na ciastka poniżej:
Składniki:
1/2 kubka oleju
120g czekolady gorzkiej rozpuszczonej i ostudzonej
1 kubek cukru (w oryginalnym przepisie są 2 kubki i to by było mega słodkie, a tak to jest tylko słodkie, a następnym razem zrobię z 1/2 kubka i będą naprawdę ekstra)
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
4 jaja
2 kubki mąki
2 łyżeczki proszku
1/2 lyżeczki soli
1/2 kubka cukru pudru do obtaczania

Oddzielnie wymieszać mokre składniki i suche. Suche i mokre dokładnie połączyć mikserem i wstawić na minimum 3 godziny do lodówki. Po wyjęciu z lodówki toczyć kulki, obtaczać w cukrze pudrze i wykładać na blachę w odstępach. Piec w 180 stopniach Celcjusza przez 10-12 minut.

niedziela, 21 listopada 2010

Małpie ciasto i listopadowe słońce.

Gdy świeci słońce nie można siedzieć w domu. Po pierwsze: szkoda ładnej pogody na kiszenie się przed tv. Po drugie dziś jest wyjątkowy powód żeby wyjśc na spacer. Po trzecie blask słońca bijący z okien obnaża nagle kurz przykrywający wszystko cienką pierzynką- a to dla gospodyni aspirującej do perfekcyjnej jest nie do zniesienia! Dlatego też należy jak najszybciej opuścić mieszkanie i wrócić po zmroku.

My dzisiaj oprócz komisji wyborczej odwiedziliśmy też to miejsce.
A potem wzięłam się za pieczenie. Upiekłam Monkey Bread który wypatrzyłam w programie Domowy Kucharz emitowanym na kuchnia.tv. Swoją drogą dobrze było by wracać do domu, w którym urzęduje taki kucharz! Jak zagłębić się w przepis to włos na głowie staje od tego cukru i masła - ale cóż. Nie samą dietą człowiek żyje, a jak powszechnie wiadomo na zimę trzeba obrosnąć w tłuszcz, żeby było cieplej. Od środy ma padać śnieg, czuje się więc rozgrzeszona. Czas na odchudzanie przyjdzie wiosną.
Wczoraj tort w kształcie Tomka, dziś Monkey Bread jutro wcisnę się tylko w spodnie dresowe.

Ciasto jest bardzo chrupiące dzięki skarmelizowanej skórce.





czwartek, 21 października 2010

Prawie jak te z Sajgonu

Dziś wklejam przepis na sajgonki. Tylko nie myślcie sobie, że zawijam sajgonki po powrocie z pracy...Jest to danie dość pracochłonne, więc jeśli już je robię to w weekend, kiedy jest dużo czasu na odprężające mnie siekanie całej góry składników. Sajgonki wychodzą pysznie, są złoto-chrupiące i pewnie niezbyt podobne w samku do tych z Sajgonu, lub chociażby byłego Stadionu Dziesięciolecia, ale nam smakuje ta interpretacja.
Sajgonki
paczka papieru ryżowego (papier jest kruchy i cieniutki, każdy arkusz należy namoczyć w letniej wodzie tuż przed zaijaniem (wystarczy kilka sekund) ja w wodzie rozpuszczam odrobinę cukru, wtedy sajgonki smażą sie na złoto)
1/2 kg mięsa mielonego (uzywam chudej wieprzowiny lub udźca indyka)
garść grzybków chińskich wcześniej ugotowanych
w wodzie po grzybach moczę chiński makaron ryżowy - około garści (cieniutkie nitki)
pęczek dymki
2-3 liście kapusty pekińskiej
garść orzechów ziemnych
do przyprawienia: sos ostrygowy, sos sojowy, przyprawa 5 smaków lub inna chińska.
Wszystkie składniki drobno siekamy i dokładnie mieszamy. Dodajemy przyprawy. Farsz zawijamy w papier ryżowy jak gołąbki. Smażymy w głębokim oleju. Ja smażę na zwykłym oleju rzepakowym z dodatkiem kilku łyżek oleju sezamowego.
Podajemy z sosami. Ja używam slodko-kwaśnego, slodkiego chilli i azjatyckiego sosu śliwkowego.