poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Kopara opadła

Jakiś czas temu pożyczyłam od koleżanki uwaga…werble…RZUTNIK! Ech znowu wspomnienia z dzieciństwa mnie dopadły. Wieczory ze wzrokiem utkwionym w białe drzwi, na których to wyświetlane były pasjonujące historie. Z bajek zapamiętałam jedynie Kopciuszka i historię o Misiu-astronaucie, ale przypominam sobie doskonale ten dreszcz przejęcia, gdy rodzice wyciągali z piwnicy rzutnik. Dreszcz ten poczułam dziś znowu.

Właściwie to byłam pewna, że bajki z rzutnika będą atrakcją jedynie dla nas-rodziców, a dzieci wychowane w epoce ,,bajki na zawołanie’’ wyśmieją nasze łzy rozrzewnienia na widok retro urządzenia i klisz, które zobaczyli pierwszy raz w życiu. Jednak pomyliłam się. Jasio obserwował z zainteresowaniem naszą walkę z nie dającą się wkręcić w rzutnik kliszą, a gdy zobaczył na ścianie zamazany obraz, spojrzał na nas z nieskrywanym zdziwieniem. Wysłuchał bajki i naszych ,,ochów, achów’’ i sentymentalnych wspomnień z rzytnikiem w roli głównej. W miarę jak nakreślaliśmy mu okoliczności polityczno-socjalne naszego dzieciństwa, kopara coraz bardziej mu opadała. Instytucja dobranocki-jedynej bajki dla dzieci w telewizji w ciągu całego dnia, nie wspominając o jedynie dwóch dostępnych programach przez conajmniej pierwszych 10 lat naszego życia doprowadziły go niemal do płaczu. Jak to? Nie było Cartoon Network? Jak to? Nie było dvd? Nie było komputera? Nie synu. Nie było. Syn zaczął nam szczerze współczuć. Bajki z rzutnika oglądamy teraz codziennie, a Jasio cały czas z niedowierzaniem kręci głową. Maria póki co zainteresowania nie okazuje, za to włazi w ekran i się zaśmiewa efektem świetlnym.


 P.S. Dzięki Ula!

wtorek, 20 kwietnia 2010

Raz! Dwa! Trzy! Mniej cukru zjesz Ty!

Dzieci domagają się cukru! Dzieci chcą wszystko słodzić! Dzieci znalazły skrytkę na czekoladę i chcą zdemolować dom! A ja czytam etykiety produktów przeliczam cukier na łyżki i skóra mi cierpnie. Czytam że takie na przykład serki dla dzieci z roku na rok są coraz słodsze, że wszystkie produkty dla dzieci są dosładzane, że dzieci od cukru dostają szału (dosłownie), nie wspominając już o próchnicy, której ja sama najbardziej się boję…brr! Właściwie nie kupujemy słodyczy dzieciom, bo dostają ich tyle z różnych okazji i zupełnie bez okazji, że nasze ,,skrytki’’ są wiecznie pełne. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść wszystkich czekoladowych Mikołajów, kiedy dołączyły do nich: zające, jajka i kurczaki. Gdyby policzyć ile cukru dzieci pochłaniają w jogurtach, bułkach, płatkach, sokach to usypała by się niezła górka. A jak wiadomo cukier uwielbiają nie tylko dzieci, ale też wszystkie bakterie, grzyby, drożdże obniżające dziecięcą odporność.


Postanowiłam dzieci oszukać i zrobiłam im nutellę z daktyli. Pomysł zaczerpnęłam z magazynu Gaga. Dwie paczki daktyli rozgotowałam w małej ilości wody, zmiksowałam i dodałam kilka łyżek naturalnego kakao i kilka kostek gorzkiej czekolady (w przepisie były też zmielone orzechy). Moją daktyllę Maryśka zaakceptowała bez szemrania, a Jasiek raczej bez entuzjazmu. Do daktylli trzeba się po prostu przyzwyczaić, zwłaszcza do jej konsystencji. Póki co posłodziłam nią owsiankę, barwiąc ją przy okazji na kolor szaro-bury, co nie przeszkodziło Marysi jej pochłonąć. Jasiowi za to posmakowały naleśniki z daktyllą i serem. Myślę, że dobra będzie do posmarowania herbatników, albo zapieczenia z ryżem i śmietaną…będziemy eksperymentować.

Polecam też wszystkim naturalne kakao. Nie kupuję gotowego kakao rozpuszczalnego dla dzieci (zgadnijscie czemu?), przyrządzam im kakao sama. Podgrzewam szklankę mleka, dodaję dwie łyżeczki naturalnego kakao i cztery kostki gorzkiej lub mlecznej czekolady. Energicznie mieszam. Dolewam zimne mleko i rozlewam do kubków. Pycha!


O ograniczaniu cukru na pewno jeszcze napiszę!

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

,,Z piachu powstałeś i w piach się obrócisz''

,,Z piachu powstałeś i w piach się obrócisz!’’ podsłuchałam ostatnio w piaskownicy od bawiących się dzieci. Dzieci w tych dniach rozmawiają o śmierci.
Maria jeszcze niczego nie rozumie, ale Jasio zadaje dużo pytań. Od bardzo poważnych po całkiem banalne, dorosły powiedziałby ,,nie na miejscu’’. Od naszych odpowiedzi zależy wszystko. Sama wychodzę z założenia, że nie należy dzieci okłamywać, zwłaszcza jeśli sa na tyle duże, że pytają i są ciekawe.Lepsza jest najgorsza prawda, niż kłamstwo w najlepszej intencji. Jasio w sobotę widział nasz smutek, nie mógł jednak opanować irytacji z braku bajek w telewizji. Tłumaczymy. Syn zamyknął się w pokoju i po kwadransie wrócił z obrazkiem. Na pierwszy rzut oka nie wiadomo co na nim jest. Jasio przyczepił go do lodówki i wytłumaczył: ,,Mamo, to Chrystus na krzyżu’’ Jeszcze trzy tygodnie temu będąc w święta w kościele szczegółowo musiałam odpowiadać na jego pytania o grób i historię śmierci Jezusa. Słuchał uważnie, jak nigdy.
Chce wszystko zrozumieć, więc tłumaczę mu co to jest dusza, co jest w trumnach, których dziesiątki widzi w telewizji, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Milczy i pyta, czy on też umrze, czy my umrzemy. Tłumaczę, choć w gardle ściska.
,,Wiesz tato, dusza jest jak kierowca, który zostawia samochód czyli ciało i odchodzi do nieba’’ uświadamia Tatę syn.
A wzoraj: ,,Nie lubię śmierci, dosyć już''
Tak więc dosyć.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Smutek

Jak wytlumaczyc dziecku niewytłumaczalne?
,,Mamo, czy w przedszkolu też można umrzeć?'' zapytał dzisaj mój syn.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Niedźwiadek

,,Droga Pani blogerko
Jestem w wieku Pani syna i z niepokojem wysłuchałem ostatnio opinii jakoby Kubuś Puchatek, którego znam i kocham nie był tym za kogo się podaje. Podobno na tego misia są jakieś papiery, które wskazują, że nie jest on naprawdę wesołym i beztroskim misiem nadużywającym miodku. Jest on jakoby pluszowym filozofem, który ukrywa głębokie myśli między wierszami. To samo dotyczy jego przyjaciół. Osiołek ma podobno depresję, a Prosiaczek jest strachliwy i melancholijny. Ze swojej strony pragnę stanowczo zaprzeczyć tym pogłoskom. Kubuś to po prostu żółty miś o małym rozumku ulubieniec wszystkich dzieci!!! Podobno zamieszaniu winny jest jakiś Milne, czy inny o obco brzmiącym nazwisku, a teczki z tymi pomówieniami są stare i zakurzone! Ja znam Kubusia towarzyszy mi od najmłodszych lat, mam wszystkie maskotki z Happy Meal’ów z mieszkańcami Stumilowego Lasu, mam stos książeczek z ich przygodami, oglądam bajki, jem słodycze opakowane w pudelka z wizerunkiem Prosiaczka i uśmiechniętego od ucha do ucha Kłapouszka i Tygryska! I niech mi nikt nie mówi, że Hefalumpy nie istnieją!!!
Pozdrawiam serdecznie
Z poważaniem
Staś, lat 6’’


Drogi Stasiu!
Muszę Cię zmartwić. Niestety istnieje międzynarodowy spisek, w który zamieszane są największe amerykańskie koncerny, chińskie fabryki zabawek i odzieży oraz producenci słodyczy na całym świecie. Postać która zalęgła się w Twoim dziecięcym umyśle jest jedynie wytworem konsumpcyjnie nastawionych koncernów, które ją odpowiednio wyszlifowały, polukrowały, by stała się lekkostrawna i zabawna!
      Puchatek to nie głupawy żółty miś z nadwagą, ale jeden z najciekawszych i najbardziej uroczych bohaterów książek dla dzieci, stworzony przez Alana Alexandra Milne dla swojego synka Krzysia. To filozofujący niedźwiadek starający się zrozumieć otaczający go świat.
      Kochany Stasiu, Kłapouchy jest pesymistą, bo nie wszyscy na świecie muszą być za wszelką cenę szczęśliwi i zawsze uśmiechnięci. Prosiaczek jest strachliwy, bo każdy z nas czasami czegoś się boi.
      Błagam Stasiu, poproś rodziców, by poszli z Tobą do biblioteki. Tam na regale z książkami dla dzieci, pod literą M jak Milne znajdziesz zakurzoną książeczkę. Weź ją w swoje drobne ręce i przeczytaj. Mam nadzieje, że pokochasz tę książkę i za każdym razem gdy zobaczysz postać z filmu pomyślisz, że to nie jest ten PRAWDZIWY Puchatek. Nie pozwól mu skryć się na wieki w cieniu swego żółtego alter ego.



środa, 7 kwietnia 2010

Święta święta i po...

Miałam w planach piękny wpis o mazurkach, ale nie wyszło. Święta poza domem z ograniczonym dostępem do internetu mi to uniemożliwiły. W każdym razie mazurki były. Było też malowanie jajek, tylko Marysia absolutnie nie dopuszczała do siebie myśli, że z jajkiem można zrobić cokolwiek innego poza zjedzeniem go. Tak więc pisanka Marii została przeżuta i połknięta. 
Piniata skończyła marnie roztrzaskana przez dzieci i dorosłych kijem. Wiosennych spacerów było stanowczo za mało, bo pogoda była - używając eufenizmu napiszę tylko że kiepska. Dzieci zjadły tyle słodyczy ile ważą. Rachunek za dentystę wystawiam na Zająca Wielkanocnego, a torbę słodkości, które zdążyłam sprytnie sprzątnąć im z oczu zachomikowałam w szafie i mam zamiar przetopić na coś bardziej strawnego. Cukier we krwi moich dzieci sprawił, że teraz są nadpobudliwe i nadruchliwe, co mam nadzieję minie w ciągu kilku dni odwyku. Zresztą ja sama jakoś tak mniej się mieszczę w odzież. Ale tlumaczę to sobie zlośliwością rzeczy martwych, które pozostawione na święta same ,,wzięły się i skurczyły''.  Wy też to macie?
,,Mamo co dziś na obiad?''
,,Żelazo i witaminy!''
czyli pieczenie mazurków
jeszcze dwa mazury dzisiaj...
malowanie i jedzenie
Jan pogromca piniat
żelkowe wnętrzności kurczaka zostały natychmiast skonsumowane

czwartek, 1 kwietnia 2010