czwartek, 19 marca 2015

O samodzielności

W czasie remontu w domu moich rodziców odłożyłam sobie kilka książek dla dzieci. Jedną z nich właśnie z Marysią czytamy. Książka została po raz pierwszy wydana w 1960 r. Marysia już od pierwszego rozdziału miała szereg pytań. Co to jest ,,pauza'', a co to są ,,rachunki'',  co to jest kaftanik i dlaczego mama je szyje, zamiast kupić w sklepie? Dlaczego mama głównej bohaterki nie powiedziała córce, że jest w ciąży i nagle znika, nikt dzieciom nie tłumaczy dlaczego, po czym wraca z bobasem? Dlaczego tata nie potrafi sam ugotować mleka? Dlaczego tata jak denerwuje się na córkę zapala papierosa w domu? Potem jest jeszcze dziwniej. Ośmioletnia dziewczynka zostaje sama z niemowlęciem w domu, podczas gdy rodzice załatwiają swoje sprawy. Dzieci same wracają ze szkoły, odprowadzają młodsze rodzeństwo do przedszkola, same chodzą na zajęcia do domu kultury i wychodzą na podwórko, lub na spacer do parku. Czyta się to jak thriller. Zwłaszcza gdy niemowlę pod opieką starszej siostry zaczyna się dusić, a szeroko otwarte przez przeciąg okno doprowadza je do zapalenia płuc....oczywiście wszystko się dobrze kończy, ale ciarki po plecach przeszły.
Tak było w 1960. W czasach mojego dzieciństwa było już trochę inaczej. Też sama chodziłam do szkoły, na pewno od drugiej klasy, ale miałam naprawdę blisko. Do parku też chodziłam sama, albo z bratem, często spotykaliśmy się tam z kolegami z klasy. Zdarzało mi się zrobić sobie jajecznicę. Pamiętam też, że wychodziłam z siostrą w wózku na spacery, miałam wtedy 10 lat.
Jak jest teraz?
Z moich obserwacji wynika, że dzieci zaczynają same wracać ze szkoły do domu ok 4-5 klasy. Samodzielna jazda komunikacją miejską zaczyna się jeszcze później. Niektóre dzieci i do gimnazjum są dowożone co rano przez rodziców. Samodzielne przygotowanie obiadu? Rzadkość. Odprowadzanie rodzeństwa do lub z przedszkola jest prawnie zabronione, a ze szkoły może wracać z rodzeństwem powyżej 10 lat.
Czasem mam wrażenie, że roztaczamy nad naszymi dziećmi coraz szczelniejszy parasol nadopiekuńczości. Komórki sprawiają, że możemy je mieć stale pod kontrolą. Sama łapię się na tym, że umieram z nerwów, gdy syn nie odbiera telefonu i  nie mam z nim kontaktu przez dłuższy czas. Oczywiście mam zapisane numery do wszystkich jego kumpli, u których mogę go ewentualnie szukać. I pomyśleć, że my jako dzieci biegaliśmy po szkole do kolegów, albo na plac zabaw i przez kilka godzin potrafiliśmy być bez kontaktu z rodzicami. Wydaje nam się, że dzisiejszy świat jest bardziej niebezpieczny niż kiedyś, ale nasze dzieci są też bardziej świadome niż my. Chciałabym, aby moje dzieciaki wyrosły na odpowiedzialnych, samodzielnych i rozsądnych ludzi. Wydaje mi się, że aby to osiągnąć nie mogę być nadopiekuńcza. Jest to trudne, chyba zwłaszcza dla matki, ale staram się. Syn wraca autobusem ze szkoły. Pierwszy raz był dla mnie koszmarem. Dzwoniłam do niego co kilka chwil. Jadąc autobusem Jasiek w końcu krzyknął mi do słuchawki: ,,Nie mogę z tobą gadać, bo jak z tobą gadam to się nie trzymam! Zadzwonię jak wysiądę.'' W ciągu kilku tygodni poznał rozkład jazdy wszystkich autobusów, wypróbował kilka połączeń i wybrał najlepsze, a teraz jeszcze chce protestować w obronie linii, która ma być zlikwidowana. Dumna z niego jestem jak paw, że daje radę, że jest taki odpowiedzialny. Do tego wszystkiego często w autobusie czyni obserwacje wręcz socjologiczne o których nam opowiada. Uczy się świata, uczy się życia, może dzięki temu będzie mu łatwiej?

poniedziałek, 2 marca 2015

Wracać?

Zbliża się okrągła rocznica. W przyszłym tygodniu minie rok odkąd przestałam pisać na tym blogu.
Słowo daję, czas płata czasem figle...cały rok minął niczym Pershing! Nie, żeby przez ten czas nic się nie działo, żadnych zdarzeń wartych opisania, żadnych surrealistycznych sytuacji, trudnych rozmów, problemów wychowawczych, czy zabaw. Zdecydowanie trudniej pisać o większych dzieciach, po pierwsze dlatego, że one same mogą to przeczytać, a co gorsza można im narobić ,,obciachu'' w momencie gdy przeczytają to jego koledzy/koleżanki. Odpowiedzialność wzrasta. Więc poddawać się rodzinnej cenzurze? Na to nie pozwala wrodzona niezależność. Co robić, co robić?
Zrobiłam mały rekonesans nowo powstałych blogów mamowych. I tak zastanawiam się obecnie, czy zacząć pisać:
a) o modowych stylizacjach moich dzieci? Tylko ile można czytać, że bluzka z Lidla, a spodnie z
     Lumpexu?
b) o kosmetykach jakich używam do pielęgnacji swojej steranej macierzyńskimi troskami facjaty?        Ha, ha, ha lub LOL jakby powiedział mój syn.
c) o gotowaniu? Wręcz to uwielbiam, ale żeby tak od razu dzielić się swoimi tajemnymi przepisami?
d) pracach ręcznych? W moim przypadku głównie: prasowanie, pranie i szorowanie.

Co tu robić, co tu robić. Pomóżcie. Wracać?

środa, 12 marca 2014

Dobre rady ,,ciotki klotki''

Właśnie zapakowałam zimowe kurtki ,,na pawlacz''. Robiąc przegląd kieszeni natknęłam się na taką oto kolekcję skarbów Marysi.




Przy okazji zimowo-wiosennej zamianie odzieży natchnęło mnie do rozmyślań. W sobotę na placu zabaw spotkaliśmy mnóstwo dzieci okutanych w zimowe kurtki, czapki wiązane pod brodą oraz rękawiczki. Biedne dzieci pomyślałam sobie. Moje pozbyły się czapek, nie wspominając o szalikach oraz zimowych kurtkach...Tylko buty wiosenne zostały obute z pewnym opóźnieniem, gdyż zeszłoroczne okazały się za ciasne i trzeba było przebyć drogę przez mękę zwaną ,,zakupami z nielatami''. 
Ale wracając do rozmyślań...jako dziecko nie pamiętam, żebym była poddawana terrorowi ciepłego ubierania. Z tego co pamiętam nikt nie sznurował mi szalika na szyi, czy nie wciskał czapki na oczy. Nie mam problemu z przeciągami w domu, wręcz przeciwnie lubię przeciągi. W nocy śpię spokojnie i nie zastanawiam się, czy moje dzieci oby na pewno są przykryte kołderką. Wręcz mogę stwierdzić z dużą dozą pewności, że są odkryte. W ciągu swojej matczynej kariery odkryłam pewną prawidłowość w tym względzie: okrycie kołdrą w nocy gwarantuje jedynie otwarte okno w pokoju dziecięcym. Tak, właściwie mogę się tu obnażyć: moje dzieci śpią przy otwartym oknie! Oczywiście nie w zimie, przy temperaturach minusowych, ale wtedy przynajmniej staram się wietrzyć ich pokój przed snem. Przyznam się również do tego, że nie zakładam dzieciom kalesonów. W tym roku kalesony syna spokojnie robiły się za małe w szufladzie. W końcu zima była lekka, a ja nie wyobrażam sobie, że mój syn zakłada kalesony przy -2, bo jak musiałabym go ubrać przy - 20? Wyznaję zasadę, że lepiej dla dziecka aby zmarzło, niż żeby się przegrzało. Mało tego, uważam również, że dziecko, tak jak każdy świadomy człowiek potrafi powiedzieć, czy jest mu zimno. Nie rozumiem matek, które siedzące i marznące w bezruchu na ławce, ubierają swoje biegające dzieci tak samo jak siebie, albo i cieplej. Uważam za naturalne, że jeśli moje dziecko zmarznie to mi to powie i wtedy zareaguje odpowiednio - proponując mu okrycie wierzchnie. Mam do swoich dzieci zaufanie w tym względzie, nikt bowiem nie lubi marznąć. Gdy dzieci były mniej komunikatywne trzymałam się zasady, którą otrzymałam od położnej, że dziecko ma mieć jedną warstwę więcej niż ja sama, a każda pogoda jest dobra na spacer, pod warunkiem że odpowiednio dziecko ubierzemy. W ten sposób narażałam się niektórym ,,ciotkom-wszechwiedzącym'' z mojego osiedla, które uważały że okrycie dziecka jedynie pieluszką przy 40 stopniowym upale jest niedopuszczalne, tak samo zresztą jak spacery z dzieckiem przy trzaskającym mrozie. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że przecież dziecko nie spało by spokojnie gdyby było mu za zimno... Niektórzy wiedzą lepiej. Wychodząc z tego samego założenia tym razem ja dam Wam dobrą radę: hartujcie swoje dzieci! 

środa, 5 marca 2014

piątek, 17 stycznia 2014

Gdzie jest gender pogrzebany?

I mnie dotknęła refleksja na temat ,,gender''. Powiem szczerze: nie miałam czasu, żeby sobie tym tematem głowę zawracać. Dotarło do mnie jednak to i owo zwłaszcza ze strony przeciwników gender i prób wprowadzenia do przedszkoli tematu. Przeciwnicy twierdzą, że przedszkolaki są za małe i co to za pomysł takie tematy poruszać w przedszkolu. Nie zastanawiałam się nad tym, póki córka ma dnia pewnego, jak co dzień monologowała przy ubieraniu się. Wciskała właśnie przez głowę czarny podkoszulek z robotami odziedziczony po bracie. ,,A wiesz mamo, K. nie lubi jak ja noszę męskie bluzki, bo K. mówi że dziewczyny powinny nosić dziewczyńskie bluzki, a męskie bluzki, takie z robotami, czarne i z angrybirdsami to mogą nosić tylko chłopaki, ale przecież ja mu powiedziałam, że dziewczyny mogą nosić to co chcą i jak chcą męskie bluzki, to też mogą nosić'' Pogłębiłam temat, zaczęłyśmy się zastanawiać co to znaczy, że ubrania są męskie albo damskie. Marysia doszła do wniosku, że dziewczyny to jednak maja lepiej, bo mogą nosić bezkarnie męskie bluzki, a chłopiec w dziewczyńskiej już raczej nie założy. A dlaczego? No i tu właśnie jest gender pogrzebany...
Czyżby przedszkolak, ot taki w wieku Marysi, naprawdę jest za mały żeby rozmawiać o społeczno-kulturowej tożsamości płciowej? A może to właśnie najlepszy czas na takie rozmowy. W dzisiejszym świecie wchodząc do przedszkola na pierwszy rzut oka można stwierdzić ile dziewcząt i chłopców jest w grupie. Wystarczy popatrzeć na wieszaki i zliczyć różowe paltka, różowe kapcie lub różowe czapeczki. Genderowe refleksje dopadną nas też w pierwszym lepszym markecie w dziale zabawkowym. Po jednej stronie różowa ściana roznegliżowanych lalek, różowe mopy i żelazka oraz pulchniutkie bobasy sikające na zawołanie. Po drugiej stronie: mroczne przygody, broń, piraci i rywalizacja w kolorze moro. Nawet klocki Lego maja płeć, bo wiadomo że dziewczynki wolą budować różowe sklepy i lecznice weterynaryjne, a chłopcy tory wyścigowe, zamki i pojazdy kosmiczne. Patrząc na to wszystko zastanawiam się, czy zmierzamy ku równouprawnieniu, wyrównaniu szans, czy raczej ku pogłębianiu różnic i wtłaczaniu w stereotypy?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Pierogowe przymierze

Mam trzy pierogowe piastunki. Z dwoma łączą mnie więzy krwi, z trzecią duchowe porozumienie. 
Ciocia Krysia z Boguszyńca nauczyła mnie cierpliwości. Jako dziecko z brodą ledwo wystającą ponad stół obserwowałam jej opanowane dłonie. Precyzja ruchów. Delikatność. Bez pośpiechu, bez nerwów. Cicho i spokojnie. Dokładnie. Pamiętam poranny spacer do lasu na jagody. Daleko. Zbieranie malutkich owoców szybko mnie nudziło, ale na końcu czekała nagroda. Pierogi z jagodami robione przez Ciocię. Wyjmowanie stolnicy i wałka, sięganie po mąkę. Wiązanie fartucha, poprawianie chustki. Wszystkie czynności następujące po sobie jakby w odwiecznym, uświęconym porządku. Powtarzane od lat, niezmienne i uniwersalne. Od Cioci nauczyłam się cienko rozwałkowywać ciasto, niczego nie marnować. Zbieram wszystkie okrawki, rozwałkowuję cieniutko i robię makaron, tak jak robiła to Ciocia. Chociaż nie...nie tak samo, bardziej nerwowo, szybko, niewprawnie. Krzywo krojone kluski, a nie równiutkie i cienkie jak Cioci trafiają na stół. Rozrzucam je do góry, oprószając mąką i wspomnienia wracają do mnie tak wyraźnie, że prawie czuję ten zapach sieni i słyszę jak buzuje w piecu. 
Pierogi Babci Danusi są inne. Grubsze, solidniejsze, tłuściutkie. Co roku towarzyszą nam w Wigilię, bez nich świąt by nie było, jestem tego pewna. Pierogi z kapustą i grzybami. Niech się chowają pieczarki, podgrzybki, to muszą być prawdziwe prawdziwki. Wyszukane na bazarze w koszach kumoszek, wytargowane za najlepszą cenę z myślą o świętach. Pierogi z omastą. Kapusta z pieprzem, ostra i wyrazista z masłem. Ręce wprawnie lepiące setki pierogów. Zapach roznoszący się po całym domu. Babciu tegoroczne pierogi dedykuję Tobie, ja wiem że to nie to samo, ale jeszcze wiele lat lepienia pierogów przede mną, w końcu zbliżę się do ideału.
I w końcu moja trzecia pierogowa patronka - Pani Aldonka. To ona nauczyła mnie robić ciasto z gorącym mlekiem i masłem. Ona przyszła do mnie i pomogła lepić jedne z moich pierwszych pierogów, udzielając fachowych rad. Dzieląc się bezinteresownie swoją wiedzą. Powierzając sekret, który zachowam i przekażę następnym pokoleniom niczym skarb. 
W moich pierogach (może to nie zabrzmi zbyt genderowo) są moje myśli o tych kobietach i dziecięca radość Marysi, która być może kiedyś wspominać będzie te wspólne wieczory. Gdy połączone wspólnym zadaniem rozmawiałyśmy o życiu lepiąc pierogi. 




Wszystkim Wam, którzy tu zaglądacie życzę czasu w te święta. Takiego czasu dla siebie na rozmyślania i wspomnienia, na refleksje i snucie planów. Życzę też żeby było smacznie, a waszym ulubionym rodzinnym tradycjom stało się zadość. 





poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zróbcie sobie Monster Haj.

Maria przywlokła z przedszkola nową modę na ,,monster haj''. Po zapoznaniu się z tematem zmroziło mnie. Pomyślałam, że lepiej by było gdyby przywlokła katar. Nie wiem w czym rzecz. Lalki w kolorze zgnilizny, potwory, wampiry na dodatek wszystkie ubrane niczym panie wiadomej profesji.
Nie-orzekłam hardo. Ale z Marią nie jest łatwo. Jeśli ktoś odziedziczył po mnie upór to właśnie ona i to w zdwojonej dawce. Na nic zdały się pogadanki, porównania i pokpiwania. Ona chce monster haj. W końcu nadszedł kompromis. Postanowiłyśmy poświęcić jedną z lalek i zrobić jej metamorfozę. Padło na wyjątkowo wyrośniętą lalę.
Do metamorfozy potrzebne nam były:
kostka masy Fimo (na obuwie)
różnokolorowe cienkopisy Sharpie
lalka

















Maria instruowała mnie jak mam wykonać makijaż lalce-czyli dużo kolorów, dużo rzęs i serca na policzkach.
Potem sama ozdobiła lalce spodnie fantazyjnym wzorem, a na nogach namalowała... sama nie wiem co? Chyba rany cięte i postrzałowe w różnym stopniu rozkładu-jak przystało na prawdziwą monster haj-zombie.
Z masy Fimo zrobiliśmy buty, bo Marysia stwierdziła że muszą być wysokie.
Na koniec fryzura
I domowej roboty ,,Monster haj'' gotowa!




No cóż, nie jestem całkiem zadowolona z efektu. Ale z dzieckiem czasem trzeba chodzić na kompromisy. Co będzie w gimnazjum? Tatuaż albo kolczyk w pępku-wybieraj mamusiu.


środa, 13 listopada 2013

Stołówkowy recenzent.

Odkryłam ostatnio, że syn ,,zapomina'' zjeść obiadu w szkole. Tłumaczy się pokrętnie.

Ja: Co było na obiad?
Jan recytuje na wydechu: Zapiekanka z makaronem i kiełbasą.
Ja podejrzliwie: Jakbyś to wyrecytował, lepiej się przyznaj, że tylko przeczytałeś menu, ale obiadu nie zjadłeś.
Jan z rezygnacją: Tylko przeczytałem. Ale sama powiedz: Makaron! Kiełbasa! Razem w zapiekance! Zjadłabyś to?

Przez te krętactwa stałam się bardziej podejrzliwa, syn więc stara się jak może.

Ja: Byłeś na obiedzie w szkole?
Jan: Byłem.
Ja z powątpiewaniem: Czy aby na pewno?
Jan, pewnie: Tak. Mam dowód.
Ja: Jaki?
Jan wyciągając rękę: Plamę po klopsach na rękawie.


Nie żebym go zmuszała do jedzenia czegoś, czego nie lubi, jestem od tego daleka. Perswaduję mu tylko jakie to dla mnie ważne, żeby jadł regularnie posiłki, że to dla jego zdrowia, że jak mu nie smakuje zupa, to niech spróbuje chociaż drugiego, że nie zawsze mam czas zrobić obiad itd. itp. Może poskutkuje, 
choć w obliczu wyrafinowanych gustów Jana będzie ciężko.

Jan je kotleta schabowego. Przekraja go, przygląda się uważnie i mówi:
-Mamo, czy uważasz że stopień wysmażenia tego mięsa jest odpowiedni?  Czy ono nie jest przypadkiem za różowe?

No cóż....chyba zabronię mu oglądać Top Chefa , którego uwielbia, bo niedługo będę mu musiała przystawki i główne dania serwować na obiady. Straszy mnie jeszcze, że zaczął zbierać pieniądze na obiad w restauracji Modesta Amaro. Drżyj szkolna stołówko, rośnie recenzent kulinarny!


niedziela, 3 listopada 2013

Domowe Spa

Kobieta - przedsiębiorca ma jeszcze mniej czasu niż kobieta pracująca. Nie pamiętam kiedy miałam ostatnio czas pomalować paznokcie, czy poleżeć na kozetce u kosmetyczki. Na szczęście mogę liczyć na moje dzieci, które wynagradzając sobie deficyt matki w domu, przy okazji troszczą się o moją wieczną młodość. A mianowicie ich ulubionym zajęciem jest tropienie i wyrywanie moich siwych włosów. Póki jest ich niewiele, mogę się tylko cieszyć. Muszę jednak uważać, by w pewnym momencie nie zostać oskubanym do łysa:-) 
Czyż nie ma w tym pierwotnej i podświadomej potrzeby bliskości? Uwielbiam gdy moje ,,małpiatki'' tropią siwiznę. 

piątek, 11 października 2013

Pokaż mi swój telefon, a powiem Ci kim jesteś.

Jan od dłuższego już czasu domagał się telefonu. Nie byle jakiego telefonu, a smartfonu. Byliśmy nieugięci. Wypominaliśmy zaginione i zagubione przedmioty, groziliśmy uzależnieniem od gier oraz wysokimi rachunkami za połączenia z internetem:-) Jan tymczasem marniał. 
Aż w końcu nadeszła wiekopomna chwila, kiedy to ojciec musiał udać się do punktu telefonii komórkowej w celu przedłużenia umowy. Nowy smartfon zakupiony przy tej okoliczności został podarowany Janowi. 
Syn nie krył radości. Z tej jedynej w swoim rodzaju okazji, zaprosił całą rodzinę na niedzielny obiad do restauracji. Wyjął ze skarbonki skrupulatnie oszczędzane pieniądze (z przeznaczeniem na telefon) i zapłacił rachunek zauważając z radością,  że to niewielka cena za wymarzony telefon.
Następną kwestią była możliwość pochwalenia się w szkole nowym nabytkiem. Jan wie jak mnie podejść. Kilka razy podchodził i mruczał pod nosem...,,Nie, ale nie zgodzisz się, no nie zgodzisz się''. Gdy zainteresowana wydusiłam wreszcie, że chodzi o zabranie telefonu do szkoły, łaskawie się zgodziłam. Ustaliliśmy, że w czwartek weźmie ze sobą telefon.

W piątek:
- Widzisz Mamo, wczoraj pozwoliłaś mi zabrać telefon do szkoły, nie zgubiłem go, czyli jestem odpowiedzialny. Będę mógł zabierać telefon do szkoły codziennie?
- A możemy się umówić, że tylko w czwartki będziesz zabierał? 
- Uważasz, że jestem odpowiedzialny tylko w czwartki?
  
I masz babo placek! Nie wspomnę, że  w czwartek zawartość śniadaniówki wróciła do domu w stanie nienaruszonym. Kto by miał czas głodnieć, gdy w czasie przerw trzeba grać na telefonie.

Przez kilka dni Jan zmieniał swoje ustawienia i jakież było moje zdziwienie gdy zorientowałam się, że na wygaszaczu...
widnieje nasze zdjęcie ślubne, a na tapecie:
zdjęcie ukochanej siostry.

No wiesz mamo, rodzina jest najważniejsza - skwitował mój ukochany syn. Jak myślicie kiedy mu przejdzie?

wtorek, 1 października 2013

Nowe dziecko.

Cicho, spokojnie ale tylko na blogu. Powód jest zasadniczy. Zmiany życiowe. Co tu dużo pisać, właśnie narodziło się moje trzecie dziecko. Nie jest podobne do dwojga pozostałych, choć chwilowo jak to z maluszkami bywa zawładnęło moim życiem, a starsze rodzeństwo bywa zazdrosne. 
Moi drodzy zostałam drobnym przedsiębiorcą, brak czasu i całkiem nowe obowiązki mnie chwilowo przytłoczyły. Uczę się teraz wielu nowych rzeczy, staram się ułożyć grafik życia rodzinnego najrozsądniej jak potrafię. Cieszę się i martwię równocześnie. Jestem pełna nadziei i obawy w tym samym czasie. Ech, życie potrafi zaskoczyć. Mam jednak nadzieję, że już wkrótce wyjdę z impasu, stanę się świetnie zorganizowana, zadbana, wyspana i  ogólnie będzie super:-)
A oto przedstawiam Wam moje trzecie dziecię. Tadddam!
I jeszcze mieszkanko na Facebook'u.
Zapraszam serdecznie wirtualnie i całkiem realnie na kawę i pogawędkę.



czwartek, 22 sierpnia 2013

Zwiedzanie jest nudne? Nie w Toruniu!

Tym razem wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę do Torunia. Dzień spędziliśmy intensywnie, a mimo to pozostał niedosyt. Trzeba wrócić do Torunia po więcej, to pewne!
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Żywego Muzeum Piernika. To wspaniała inicjatywa, która stała się obowiązkowym punktem na mapie toruńskich atrakcji turystycznych, o czym świadczą tłumy zwiedzających. Dlaczego muzeum jest żywe? Bo w trakcie 45 minut prezentacji w muzeum każdy ma okazję upiec własny piernik! Wszystko okraszone zabawnymi historyjkami prowadzących, przebranych w stroje z epoki. Co prawda na koniec wizyty przestrzegają oni przed jedzeniem piernikowych wypieków, ale moje dzieci nie posłuchały i jeszcze w drodze do domu zaczęły chrupać swoje pierniki. Przeżyły. Zębów też nie połamały. Świetne miejsce! Oby więcej takich muzeów powstawało w Polsce. Jesteśmy zauroczeni.


Drugim punktem wycieczki był Dom Legend Toruńskich. Atmosfera w nim panuje mroczna, przed wejściem każdy odziewa się w średniowieczny kaptur i rusza w podróż do dawnego Torunia. Każda legenda to jeden przystanek w piwnicznym labiryncie. Dziewczyna, która nas oprowadzała z rezonem opowiadała kolejne legendy językiem stylizowanym na średniowieczny. Z niezwykłym humorem angażowała wszystkich uczestników w odtwarzanie opowiadanych legend. Dzieci były zachwycone i dowiedziały się wielu ciekawostek o Toruniu, które zainspirowały nas do dalszego zwiedzania. 
Janek jako toruński dzwonnik
Po mrocznych opowieściach urządziliśmy sobie spacer po naprawdę uroczym mieście. Były pyszne lody u Lenkiewiczów (porcje po włosku obfite), próba wierności przy Krzywej Wieży, oraz panorama miasta z wieży ratuszowej. Obiad zjedliśmy w jednej z bardzo licznych restauracji. Każdy znajdzie coś dla siebie. Zwiedziliśmy domniemany dom Kopernika, zresztą wszystkie wystawy Muzeum Okręgowego w Toruniu są warte obejrzenia. Zrobiliśmy też piernikowe zakupy w sklepie firmowym Kopernika. I moglibyśmy tak o wiele, wiele dłużej ale dzień się kończył i musieliśmy wracać do domu.
Dzieci badają układ słoneczny
Wrócimy do Torunia, bo trzeba nadrobić zaległości. Nie udało nam się dostać na seans w toruńskim planetarium, nie płynęliśmy statkiem po Wiśle, nie odwiedziliśmy teatru Baj Pomorski, którego świetne spektakle znamy z warszawskich festiwali. A może następnym razem będziemy już mogli odwiedzić powstający właśnie Młyn Wiedzy? Jesteśmy go bardzo ciekawi, zwłaszcza wystawy o rzece. 
A i zapomniałam o Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa w Grębocinie pod Toruniem, może wizyta tam zainspiruje Jana do staranniejszego pisma?
No tak. Jeden dzień zdecydowanie nie wystarczy!


wtorek, 13 sierpnia 2013

Filozof z przypadku

Syn była na koloniach. Przez dwa tygodnie zadzwonił zaledwie dwa razy. Na szczęście codziennie na stronie internetowej organizatora wyjazdu ukazywały się zdjęcia dokumentujące dzień kolonistów. Co wieczór upewniałam się więc, że syn żyje i ma się dobrze. Zaciekawiły mnie kolorowe paznokcie u niektórych chłopców na zdjęciach. Po powrocie nie omieszkałam spytać o to syna:

-Dlaczego niektórzy chłopcy mieli pomalowane paznokcie na kolorowo?
-Aaaa, bo jak zorganizowali nam dyskotekę, to były takie różne stoiska i było też stoisko maniciuru i tam malowali paznokcie.
-A Ty też miałeś pomalowane?
-Nieeee, kolejka była za długa, to poszedłem na kółko filozoficzne.


niedziela, 11 sierpnia 2013

Uświadomiony.

Jan jakiś czas temu został uświadomiony w kwestiach pojawiania się dzieci na tym świecie. Uzyskał wiedzę fachową i jednoznaczną. Od tego czasu wszystko stało się dla niego jasne. Ot przykłady:

Oglądamy film. Mężczyzna i kobieta całują się. Jan komentuje:
- Wiem co teraz będzie, no wiem.


Znowu siedzimy przed telewizorem. W filmie występuje rodzina wielodzietna. Naprawdę wielodzietna, bo dzieci jest pewnie około tuzina albo i więcej. Jan robi nagle wszechwiedzącą minę i mówi do mnie:
- Za dużo wiesz czego.
- Czego? - pytam, bo nie podejrzewam jeszcze o co może chodzić.
- No tyle dzieci, no wiesz czego za dużo, tego na s...





poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Dzieci pod żaglami.

W tym roku po raz pierwszy zarówno my dorośli jak i dzieci mieliśmy okazję pożeglować. To było dla nas wyzwanie. Bałam się czy dzieciaki wytrzymają tydzień na jachcie, podporządkują się zasadom tam panującym i czy nie będą się nudziły. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Dzieci sobie radziły świetnie i nabyły mnóstwo nowych umiejętności:

robienia zeza na każde zawołanie
 
nabyli wszechstronną wiedzę o rybach i wędkowaniu
  •  
    nauczyli się ogrywać nas w gry planszowe



    •  
      oswoili kapoki 

       liczyli kormorany
        
      opanowali do perfekcji nawigację dziobową

      posiedli umiejętność medytacji w każdych warunkach
       
       nauczyli się stylowo buchtować liny 

       świetnie się maskowali

      paśli brzuchy na kuchni żeglarskiej
      łapali wiatr w grzywki

      Dziękujemy za wspaniałe zdjęcia Tacie Zosi. 

      Nie jestem doświadczonym żelgalrzem, więc trudno mi udzielać rad rodzicom wybierającym się z dziećmi na żagle. Na pewno trzeba mieć dużo zabawek, książeczek i gier, żeby dzieci w czasie całodniowego rejsu miały co robić. Słoik Nutelli też się przydał:-)  Frajdą było przygotowanie posiłków i spanie w kojach, a także poranne szorowanie pokładu i wszystkie zwroty akcji na pokładzie podczas żeglowania. Ważne żeby sternik wcześniej pouczył dzieci jak mają się zachowywać w czasie rejsu i jak ważne jest zachowanie zasad bezpieczeństwa. Przydała się też lornetka, dzięki której mogliśmy obserwować przyrodę: żurawie, łabędzie, kaczki i kormorany. To były niezwykłe wakacje. Na jachcie odpoczywa się zupełnie inaczej, z dala od zgiełku. wokół nas tylko woda, niebo i słońce. Baterie podładowane.

środa, 24 lipca 2013

Poznawanie Poznania.

Wakacje w toku. W tym roku są wyjątkowo pracowite dla rodziców. A dlaczego? Zdradzę wkrótce. Nasze wypady są więc krótkie. Miniony weekend spędziliśmy w Poznaniu. Lubię wracać do tego miasta. Ojciec dzieciom tam właśnie studiował, dlatego też chętnie odwiedza stare śmieci. Nie planowaliśmy zbyt wiele. Gwoździem programu miała być kąpiel w basenach termalnych i odwiedziny w zoo. Oprócz tego odkryliśmy dla siebie kilka cudownych miejsc. To wspaniałe jak dzieci poszerzają nasze horyzonty. W czasie studiów na naszym poznańskim szlaku była knajpa z Fortuną, akademiki, Malta i co najwyżej Stare Miasto, a teraz odkrywamy inne ciekawe zakątki, szukając atrakcji dla dzieciaków.

Zaczęliśmy oczywiście od koziołków na poznańskim rynku.


Potem była krótka wycieczka szlakiem zakupionej książeczki oraz oglądanie makiety dawnego Poznania


Następnie ruszyliśmy do Muzeum Archeologicznego na ciekawą wystawę o Ameryce Południowej  


Na zakończenie dnia dotarliśmy na Plac Wolności, gdzie utknęliśmy na kilka dobrych godzin podczas których dzieci: kąpały się w fontannie, budowały z kreatywnych klocków, bujały się na hamaku, jadły ekologiczne śliwki, zjadły pyszny obiad. Wszystkie atrakcje zagościły na Placu Wolności za sprawą Festiwalu Malta, który w miniony weekend właśnie się kończył.




Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy Maltanką do poznańskiego zoo

 

Popołudnie spędziliśmy na Ostrowie Tumskim z którego przeszliśmy mostem na Śródkę. Turystów tam brak, atmosfera niepowtarzalna, małe knajpki, leżaki, muzyka, a na moście artystyczny festyn z rurami i lemoniadą. Byliśmy absolutnie zauroczeni nie tylko historią Ostrowa Tumskiego sięgającego Chrztu Polski, ale też kameralnością i przytulnością Śródki. Polecamy każdemu odwiedziny tej części Poznania.

Jasia zainteresowały też  plenerowe wypożyczalnie książek. Świetny pomysł wart naśladowania przez inne miasta.
Polecamy Poznań! To naprawdę bardzo ciekawe i piękne miasto, w sam raz na weekendowe wypady.

czwartek, 4 lipca 2013

Urodzony 4 lipca - edycja 9.

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Tymczasem minęło już 9 lat! Z każdym rokiem jesteś mądrzejszy i czasem zaskakujesz mnie swoimi spostrzeżeniami godnymi dorosłego człowieka.  W dni Twoich urodzin życzę Ci żebyś nigdy nie rezygnował z realizacji marzeń, robił to na co masz ochotę i żebyś nadal tyle czytał. Jasiu jesteś wspaniały!




czwartek, 6 czerwca 2013

Nasza własna edukacyjna Ciotka Kena.

Opowiadałam Jasiowi o wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Najbardziej zainteresowała go praca Zbigniewa Libery. Dużo o niej rozmawialiśmy; o jej znaczeniu i przesłaniu. Potem zaczęliśmy oglądać inne prace Libery i szczególnie rozbawiła nas Ciotka Kena. A ponieważ w zasobach zabawkowych Marii pojawiły się ostatnio lalki B. postanowiliśmy sobie zrobić własną ciotkę. Zabawa była przednia i zajęła nam cały wieczór. Przyjrzeliśmy się  najpierw lalce krytycznym okiem. Porównaliśmy jej proporcje z proporcjami normalnego człowieka. Okazało się, że ma strasznie długie nogi, za chude ręce i talię. Potem dzieci obkleiły ją plasteliną. Nie zapomniały o niczym. A że ostatnio niezwykle interesują się budową człowieka, zwłaszcza jego intymnymi narządami dorobili wszystko o czym firma produkująca lalkę nie wiedzieć czemu zapomniała. 
I tak z zabawy dla żartu zrobiła nam się prawdziwie edukacyjna pogadanka: o sztuce, o zafałszowanym wizerunku kobiety jaki przedstawia lalka Barbie i współczesne media (tutaj więcej)  i o fizjonomii. Brzmi poważnie prawda? A na koniec Jasio stwierdził, że przed kolacją stworzyliśmy prawdziwą sztukę. A Wam jak się podoba nasza Ciotka?




wtorek, 4 czerwca 2013

Sztuka współczesna dla dzieci.

Lubię galerie sztuki. Z dzieciństwa pamiętam, że dość często je odwiedzałam z rodzicami. Pewnie dlatego teraz to ja swoje dzieci zaciągam do takich miejsc. Niektóre wystawy pamiętam do dziś. Podczas tej, która  najbardziej mi zapadła w pamięć  zachwyciłam się obrazem Caravaggia ,,Złożenie do grobu'' w Muzeum Narodowym. Moment w którym weszłam do sali z tym arcydziełem pamiętam do dziś i do dziś gdzie tylko mogę podziwiam Caravaggia, który nadal zapiera mi dech. 
Ale nie oszukujmy się, moich dzieci póki co mało interesuje sztuka dawna. Ściany obwieszone obrazami-nuda. Co innego sztuka współczesna. Bywa zaskakująca, niepozorna, a czasem trzeba się bardzo wysilić, żeby ją zauważyć, albo usłyszeć czy nawet poczuć. Kiedyś nie doceniałam tej sztuki. Denerwowałam się, że jej nie rozumiem. Pierwszy raz zachwyciłam się pracami Kozyry i wtedy też dałam sobie prawo do całkowicie intuicyjnego odbioru tej sztuki. Z pełnym subiektywizmem decyduję, czy coś mi się podoba, czy nie. Trochę jak dziecko, które widzi i od razu potrafi stwierdzić, czy coś jest fajne, czy nie i absolutnie żaden argument nie potrafi go przekonać, że jest inaczej. Lubię oglądać sztukę z dziećmi. Po pierwsze dlatego, że zwracają uwagę na coś zupełnie innego niż ja, czasem ze względu na wzrost, czasem ze względu na wyobraźnię. Po drugie zupełnie inaczej ją interpretują i zadają czasem naprawdę fantastyczne pytania.
Dzień Dziecka rozpoczęłam z Marią w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na warsztatach dla dzieci towarzyszących wystawie ,,W sercu kraju. Kolekcja Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie''
Wystawa jest interesująca. Marii najbardziej podobał się bałwan w zamrażarce, może dlatego że zrobiony przez nas bałwanek też przez jakiś czas mieszkał w domowej zamrażarce, więc Marysia mogła poczuć się jak prawdziwa artystka! Wrażenie zrobiły też na niej rzeźby Pawła Althamera. Moja krew. Ja też uwielbiam Althamera:-)Gdyby każda dzielnica naszego miasta miała swojego Althamera, to pewnie więcej było by takich przedsięwzięć jak Park Rzeźby na Bródnie, który po prostu musicie odwiedzić!
                                                  Maria i rzeźba Pawła Althamera ,,Guma''

poniedziałek, 27 maja 2013

Dzień Matki w laurce.

Z tego miejsca dziękuję bardzo Paniom nauczycielkom z przedszkola za wspaniałe prezenty z okazji Dnia Matki.
P.S.
Przedszkole nasze jest naprawdę wspaniałe. Cudowne wychowawczynie, ciekawe wycieczki, czytanie książek, dużo zabaw ruchowych. Brakuje mi tylko niczym nie skrępowanej dziecięcej twórczości.  Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale wolałabym po stokroć namalowany samodzielnie przez moją córkę obrazek. Oczywiście laurka i ramka są piękne, ale to jednak seryjna produkcja  wykonana bez udziału dzieci, o czym od razu poinformowała mnie moja córeczka wręczając mi prezent: ,,Mamo, ale ja tego nie robiłam'' Trochę przykro. Na szczęście w domu zrobiła dla mnie laurkę, którą zatrzymam sobie na zawsze.


środa, 22 maja 2013

Przekąski dla dzieci.

Nie da się uniknąć słodyczy na przyjęciu urodzinowym, ale staram się je chociaż ograniczyć. Dlaczego? Każdy kto widział nadaktywnego pięciolatka po zjedzeniu czterech garści żelków, wie o czym mówię. A jeśli pomnożymy tych pięciolatków razy dwanaście to ściany zadrżą w posadach. A poza tym to wiecie, cukier jest niezdrowy i tyle. Oczywiście nie obędzie się bez tortu.
Tort można zamówić w cukierni. Ale jak się lubi wyzwania, a na dodatek nie potrafi upiec biszkoptu to jesteśmy skazani na kombinowanie.
Można upiec muffiny i udawać, że to tort.


Można zaprosić wspaniałą koleżankę z pracy z przydomkiem ,,matka Polka'' która wyczaruje Wam wyrośnięty biszkopt i jeszcze przyniesie słoik własnoręcznie zrobionej konfitury pigwowo-pomarańczowej. Z tymi składnikami złożenie tortu urodzinowego to pikuś. 


Jeśli zaś chodzi o przekąski to z wypróbowanych przeze mnie najlepiej sprawdzają się:
  • lizaki ciastkowe w gorzkiej czekoladzie z tego przepisu

  • owocowe szaszłyki
  • muffiny wszelakie słodkie i wytrawne
  • galaretki z owocami
  • bufet kanapkowy (pod warunkiem, że dzieci same sobie zrobią kanapki i będzie to dodatkową atrakcją przyjęcia)

  • naleśniki z nadzieniem, zwinięte w rulony i pokrojone w krążki
  • pizza!