czwartek, 19 marca 2015

O samodzielności

W czasie remontu w domu moich rodziców odłożyłam sobie kilka książek dla dzieci. Jedną z nich właśnie z Marysią czytamy. Książka została po raz pierwszy wydana w 1960 r. Marysia już od pierwszego rozdziału miała szereg pytań. Co to jest ,,pauza'', a co to są ,,rachunki'',  co to jest kaftanik i dlaczego mama je szyje, zamiast kupić w sklepie? Dlaczego mama głównej bohaterki nie powiedziała córce, że jest w ciąży i nagle znika, nikt dzieciom nie tłumaczy dlaczego, po czym wraca z bobasem? Dlaczego tata nie potrafi sam ugotować mleka? Dlaczego tata jak denerwuje się na córkę zapala papierosa w domu? Potem jest jeszcze dziwniej. Ośmioletnia dziewczynka zostaje sama z niemowlęciem w domu, podczas gdy rodzice załatwiają swoje sprawy. Dzieci same wracają ze szkoły, odprowadzają młodsze rodzeństwo do przedszkola, same chodzą na zajęcia do domu kultury i wychodzą na podwórko, lub na spacer do parku. Czyta się to jak thriller. Zwłaszcza gdy niemowlę pod opieką starszej siostry zaczyna się dusić, a szeroko otwarte przez przeciąg okno doprowadza je do zapalenia płuc....oczywiście wszystko się dobrze kończy, ale ciarki po plecach przeszły.
Tak było w 1960. W czasach mojego dzieciństwa było już trochę inaczej. Też sama chodziłam do szkoły, na pewno od drugiej klasy, ale miałam naprawdę blisko. Do parku też chodziłam sama, albo z bratem, często spotykaliśmy się tam z kolegami z klasy. Zdarzało mi się zrobić sobie jajecznicę. Pamiętam też, że wychodziłam z siostrą w wózku na spacery, miałam wtedy 10 lat.
Jak jest teraz?
Z moich obserwacji wynika, że dzieci zaczynają same wracać ze szkoły do domu ok 4-5 klasy. Samodzielna jazda komunikacją miejską zaczyna się jeszcze później. Niektóre dzieci i do gimnazjum są dowożone co rano przez rodziców. Samodzielne przygotowanie obiadu? Rzadkość. Odprowadzanie rodzeństwa do lub z przedszkola jest prawnie zabronione, a ze szkoły może wracać z rodzeństwem powyżej 10 lat.
Czasem mam wrażenie, że roztaczamy nad naszymi dziećmi coraz szczelniejszy parasol nadopiekuńczości. Komórki sprawiają, że możemy je mieć stale pod kontrolą. Sama łapię się na tym, że umieram z nerwów, gdy syn nie odbiera telefonu i  nie mam z nim kontaktu przez dłuższy czas. Oczywiście mam zapisane numery do wszystkich jego kumpli, u których mogę go ewentualnie szukać. I pomyśleć, że my jako dzieci biegaliśmy po szkole do kolegów, albo na plac zabaw i przez kilka godzin potrafiliśmy być bez kontaktu z rodzicami. Wydaje nam się, że dzisiejszy świat jest bardziej niebezpieczny niż kiedyś, ale nasze dzieci są też bardziej świadome niż my. Chciałabym, aby moje dzieciaki wyrosły na odpowiedzialnych, samodzielnych i rozsądnych ludzi. Wydaje mi się, że aby to osiągnąć nie mogę być nadopiekuńcza. Jest to trudne, chyba zwłaszcza dla matki, ale staram się. Syn wraca autobusem ze szkoły. Pierwszy raz był dla mnie koszmarem. Dzwoniłam do niego co kilka chwil. Jadąc autobusem Jasiek w końcu krzyknął mi do słuchawki: ,,Nie mogę z tobą gadać, bo jak z tobą gadam to się nie trzymam! Zadzwonię jak wysiądę.'' W ciągu kilku tygodni poznał rozkład jazdy wszystkich autobusów, wypróbował kilka połączeń i wybrał najlepsze, a teraz jeszcze chce protestować w obronie linii, która ma być zlikwidowana. Dumna z niego jestem jak paw, że daje radę, że jest taki odpowiedzialny. Do tego wszystkiego często w autobusie czyni obserwacje wręcz socjologiczne o których nam opowiada. Uczy się świata, uczy się życia, może dzięki temu będzie mu łatwiej?

4 komentarze:

  1. Też mi sie wydaje, że teraz trochę przesadzamy z nadopiekuńczością. Choć podejście naszych rodziców dzisiaj też by się nie sprawdziło. Teraz mamy jednak więcej zagrożeń. Wydaje mi się, że trzeba po prostu wypośrodkować i zachować zdrowy rozsądek. Tak ja się staram wychowywać dzieci. Czy mi wyjdzie? Czas pokaże :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja Mariannę urodzę dopiero za 3 miesiące, a już się martwię o jej przyszłą samodzielność. Wiem na pewno że sama do autobusu wsiądzie dopiero jak skończy 25 lat!

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja tak z innej beczki niż przedmówczynie:a co to za książka? Bo mnie historia zaciekawiła :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Racja. Ale jest tak bo czasy są inne. Kiedyś nie słyszało się tyle o porwaniach dzieci, o wypadkach, rodzice się teraz boją. Pamiętam jak chodziłam do podstawówki to z przyjaciółką chodziłyśmy wieczorami, teraz sama się czasem boję iść późnym wieczorem bo nie raz zaczepiał mnie ktoś z samochodu.

    OdpowiedzUsuń