Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poza domem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poza domem. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2014

Dobre rady ,,ciotki klotki''

Właśnie zapakowałam zimowe kurtki ,,na pawlacz''. Robiąc przegląd kieszeni natknęłam się na taką oto kolekcję skarbów Marysi.




Przy okazji zimowo-wiosennej zamianie odzieży natchnęło mnie do rozmyślań. W sobotę na placu zabaw spotkaliśmy mnóstwo dzieci okutanych w zimowe kurtki, czapki wiązane pod brodą oraz rękawiczki. Biedne dzieci pomyślałam sobie. Moje pozbyły się czapek, nie wspominając o szalikach oraz zimowych kurtkach...Tylko buty wiosenne zostały obute z pewnym opóźnieniem, gdyż zeszłoroczne okazały się za ciasne i trzeba było przebyć drogę przez mękę zwaną ,,zakupami z nielatami''. 
Ale wracając do rozmyślań...jako dziecko nie pamiętam, żebym była poddawana terrorowi ciepłego ubierania. Z tego co pamiętam nikt nie sznurował mi szalika na szyi, czy nie wciskał czapki na oczy. Nie mam problemu z przeciągami w domu, wręcz przeciwnie lubię przeciągi. W nocy śpię spokojnie i nie zastanawiam się, czy moje dzieci oby na pewno są przykryte kołderką. Wręcz mogę stwierdzić z dużą dozą pewności, że są odkryte. W ciągu swojej matczynej kariery odkryłam pewną prawidłowość w tym względzie: okrycie kołdrą w nocy gwarantuje jedynie otwarte okno w pokoju dziecięcym. Tak, właściwie mogę się tu obnażyć: moje dzieci śpią przy otwartym oknie! Oczywiście nie w zimie, przy temperaturach minusowych, ale wtedy przynajmniej staram się wietrzyć ich pokój przed snem. Przyznam się również do tego, że nie zakładam dzieciom kalesonów. W tym roku kalesony syna spokojnie robiły się za małe w szufladzie. W końcu zima była lekka, a ja nie wyobrażam sobie, że mój syn zakłada kalesony przy -2, bo jak musiałabym go ubrać przy - 20? Wyznaję zasadę, że lepiej dla dziecka aby zmarzło, niż żeby się przegrzało. Mało tego, uważam również, że dziecko, tak jak każdy świadomy człowiek potrafi powiedzieć, czy jest mu zimno. Nie rozumiem matek, które siedzące i marznące w bezruchu na ławce, ubierają swoje biegające dzieci tak samo jak siebie, albo i cieplej. Uważam za naturalne, że jeśli moje dziecko zmarznie to mi to powie i wtedy zareaguje odpowiednio - proponując mu okrycie wierzchnie. Mam do swoich dzieci zaufanie w tym względzie, nikt bowiem nie lubi marznąć. Gdy dzieci były mniej komunikatywne trzymałam się zasady, którą otrzymałam od położnej, że dziecko ma mieć jedną warstwę więcej niż ja sama, a każda pogoda jest dobra na spacer, pod warunkiem że odpowiednio dziecko ubierzemy. W ten sposób narażałam się niektórym ,,ciotkom-wszechwiedzącym'' z mojego osiedla, które uważały że okrycie dziecka jedynie pieluszką przy 40 stopniowym upale jest niedopuszczalne, tak samo zresztą jak spacery z dzieckiem przy trzaskającym mrozie. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że przecież dziecko nie spało by spokojnie gdyby było mu za zimno... Niektórzy wiedzą lepiej. Wychodząc z tego samego założenia tym razem ja dam Wam dobrą radę: hartujcie swoje dzieci! 

wtorek, 1 października 2013

Nowe dziecko.

Cicho, spokojnie ale tylko na blogu. Powód jest zasadniczy. Zmiany życiowe. Co tu dużo pisać, właśnie narodziło się moje trzecie dziecko. Nie jest podobne do dwojga pozostałych, choć chwilowo jak to z maluszkami bywa zawładnęło moim życiem, a starsze rodzeństwo bywa zazdrosne. 
Moi drodzy zostałam drobnym przedsiębiorcą, brak czasu i całkiem nowe obowiązki mnie chwilowo przytłoczyły. Uczę się teraz wielu nowych rzeczy, staram się ułożyć grafik życia rodzinnego najrozsądniej jak potrafię. Cieszę się i martwię równocześnie. Jestem pełna nadziei i obawy w tym samym czasie. Ech, życie potrafi zaskoczyć. Mam jednak nadzieję, że już wkrótce wyjdę z impasu, stanę się świetnie zorganizowana, zadbana, wyspana i  ogólnie będzie super:-)
A oto przedstawiam Wam moje trzecie dziecię. Tadddam!
I jeszcze mieszkanko na Facebook'u.
Zapraszam serdecznie wirtualnie i całkiem realnie na kawę i pogawędkę.



czwartek, 22 sierpnia 2013

Zwiedzanie jest nudne? Nie w Toruniu!

Tym razem wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę do Torunia. Dzień spędziliśmy intensywnie, a mimo to pozostał niedosyt. Trzeba wrócić do Torunia po więcej, to pewne!
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Żywego Muzeum Piernika. To wspaniała inicjatywa, która stała się obowiązkowym punktem na mapie toruńskich atrakcji turystycznych, o czym świadczą tłumy zwiedzających. Dlaczego muzeum jest żywe? Bo w trakcie 45 minut prezentacji w muzeum każdy ma okazję upiec własny piernik! Wszystko okraszone zabawnymi historyjkami prowadzących, przebranych w stroje z epoki. Co prawda na koniec wizyty przestrzegają oni przed jedzeniem piernikowych wypieków, ale moje dzieci nie posłuchały i jeszcze w drodze do domu zaczęły chrupać swoje pierniki. Przeżyły. Zębów też nie połamały. Świetne miejsce! Oby więcej takich muzeów powstawało w Polsce. Jesteśmy zauroczeni.


Drugim punktem wycieczki był Dom Legend Toruńskich. Atmosfera w nim panuje mroczna, przed wejściem każdy odziewa się w średniowieczny kaptur i rusza w podróż do dawnego Torunia. Każda legenda to jeden przystanek w piwnicznym labiryncie. Dziewczyna, która nas oprowadzała z rezonem opowiadała kolejne legendy językiem stylizowanym na średniowieczny. Z niezwykłym humorem angażowała wszystkich uczestników w odtwarzanie opowiadanych legend. Dzieci były zachwycone i dowiedziały się wielu ciekawostek o Toruniu, które zainspirowały nas do dalszego zwiedzania. 
Janek jako toruński dzwonnik
Po mrocznych opowieściach urządziliśmy sobie spacer po naprawdę uroczym mieście. Były pyszne lody u Lenkiewiczów (porcje po włosku obfite), próba wierności przy Krzywej Wieży, oraz panorama miasta z wieży ratuszowej. Obiad zjedliśmy w jednej z bardzo licznych restauracji. Każdy znajdzie coś dla siebie. Zwiedziliśmy domniemany dom Kopernika, zresztą wszystkie wystawy Muzeum Okręgowego w Toruniu są warte obejrzenia. Zrobiliśmy też piernikowe zakupy w sklepie firmowym Kopernika. I moglibyśmy tak o wiele, wiele dłużej ale dzień się kończył i musieliśmy wracać do domu.
Dzieci badają układ słoneczny
Wrócimy do Torunia, bo trzeba nadrobić zaległości. Nie udało nam się dostać na seans w toruńskim planetarium, nie płynęliśmy statkiem po Wiśle, nie odwiedziliśmy teatru Baj Pomorski, którego świetne spektakle znamy z warszawskich festiwali. A może następnym razem będziemy już mogli odwiedzić powstający właśnie Młyn Wiedzy? Jesteśmy go bardzo ciekawi, zwłaszcza wystawy o rzece. 
A i zapomniałam o Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa w Grębocinie pod Toruniem, może wizyta tam zainspiruje Jana do staranniejszego pisma?
No tak. Jeden dzień zdecydowanie nie wystarczy!


wtorek, 13 sierpnia 2013

Filozof z przypadku

Syn była na koloniach. Przez dwa tygodnie zadzwonił zaledwie dwa razy. Na szczęście codziennie na stronie internetowej organizatora wyjazdu ukazywały się zdjęcia dokumentujące dzień kolonistów. Co wieczór upewniałam się więc, że syn żyje i ma się dobrze. Zaciekawiły mnie kolorowe paznokcie u niektórych chłopców na zdjęciach. Po powrocie nie omieszkałam spytać o to syna:

-Dlaczego niektórzy chłopcy mieli pomalowane paznokcie na kolorowo?
-Aaaa, bo jak zorganizowali nam dyskotekę, to były takie różne stoiska i było też stoisko maniciuru i tam malowali paznokcie.
-A Ty też miałeś pomalowane?
-Nieeee, kolejka była za długa, to poszedłem na kółko filozoficzne.


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Dzieci pod żaglami.


W tym roku po raz pierwszy zarówno my dorośli jak i dzieci mieliśmy okazję pożeglować. A wszystko dzięki wygranej w konkursie podczas II Pikniku Wcześniaka, który odbył się 9 września 2012 r. w Szpitalu na Karowej. Wyjazd był dla nas wyzwaniem. Bałam się czy dzieciaki wytrzymają tydzień na jachcie, podporządkują się zasadom tam panującym i czy nie będą się nudziły. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Dzieci sobie radziły świetnie i nabyły mnóstwo nowych umiejętności:

robienia zeza na każde zawołanie
 
nabyli wszechstronną wiedzę o rybach i wędkowaniu
  •  
    nauczyli się ogrywać nas w gry planszowe



    •  
      oswoili kapoki 

       liczyli kormorany
        
      opanowali do perfekcji nawigację dziobową

      posiedli umiejętność medytacji w każdych warunkach

       nauczyli się stylowo buchtować liny 

       świetnie się maskowali

      paśli brzuchy na kuchni żeglarskiej
      łapali wiatr w grzywki

      Dziękujemy za wspaniałe zdjęcia Tacie Zosi. 

      Nie jestem doświadczonym żelgalrzem, więc trudno mi udzielać rad rodzicom wybierającym się z dziećmi na żagle. Na pewno trzeba mieć dużo zabawek, książeczek i gier, żeby dzieci w czasie całodniowego rejsu miały co robić. Słoik Nutelli też się przydał:-)  Frajdą było przygotowanie posiłków i spanie w kojach, a także poranne szorowanie pokładu i wszystkie zwroty akcji na pokładzie podczas żeglowania. Ważne żeby sternik wcześniej pouczył dzieci jak mają się zachowywać w czasie rejsu i jak ważne jest zachowanie zasad bezpieczeństwa. Przydała się też lornetka, dzięki której mogliśmy obserwować przyrodę: żurawie, łabędzie, kaczki i kormorany. To były niezwykłe wakacje. Na jachcie odpoczywa się zupełnie inaczej, z dala od zgiełku. wokół nas tylko woda, niebo i słońce. Baterie podładowane.

środa, 24 lipca 2013

Poznawanie Poznania.

Wakacje w toku. W tym roku są wyjątkowo pracowite dla rodziców. A dlaczego? Zdradzę wkrótce. Nasze wypady są więc krótkie. Miniony weekend spędziliśmy w Poznaniu. Lubię wracać do tego miasta. Ojciec dzieciom tam właśnie studiował, dlatego też chętnie odwiedza stare śmieci. Nie planowaliśmy zbyt wiele. Gwoździem programu miała być kąpiel w basenach termalnych i odwiedziny w zoo. Oprócz tego odkryliśmy dla siebie kilka cudownych miejsc. To wspaniałe jak dzieci poszerzają nasze horyzonty. W czasie studiów na naszym poznańskim szlaku była knajpa z Fortuną, akademiki, Malta i co najwyżej Stare Miasto, a teraz odkrywamy inne ciekawe zakątki, szukając atrakcji dla dzieciaków.

Zaczęliśmy oczywiście od koziołków na poznańskim rynku.


Potem była krótka wycieczka szlakiem zakupionej książeczki oraz oglądanie makiety dawnego Poznania


Następnie ruszyliśmy do Muzeum Archeologicznego na ciekawą wystawę o Ameryce Południowej  


Na zakończenie dnia dotarliśmy na Plac Wolności, gdzie utknęliśmy na kilka dobrych godzin podczas których dzieci: kąpały się w fontannie, budowały z kreatywnych klocków, bujały się na hamaku, jadły ekologiczne śliwki, zjadły pyszny obiad. Wszystkie atrakcje zagościły na Placu Wolności za sprawą Festiwalu Malta, który w miniony weekend właśnie się kończył.




Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy Maltanką do poznańskiego zoo

 

Popołudnie spędziliśmy na Ostrowie Tumskim z którego przeszliśmy mostem na Śródkę. Turystów tam brak, atmosfera niepowtarzalna, małe knajpki, leżaki, muzyka, a na moście artystyczny festyn z rurami i lemoniadą. Byliśmy absolutnie zauroczeni nie tylko historią Ostrowa Tumskiego sięgającego Chrztu Polski, ale też kameralnością i przytulnością Śródki. Polecamy każdemu odwiedziny tej części Poznania.

Jasia zainteresowały też  plenerowe wypożyczalnie książek. Świetny pomysł wart naśladowania przez inne miasta.
Polecamy Poznań! To naprawdę bardzo ciekawe i piękne miasto, w sam raz na weekendowe wypady.

wtorek, 4 czerwca 2013

Sztuka współczesna dla dzieci.

Lubię galerie sztuki. Z dzieciństwa pamiętam, że dość często je odwiedzałam z rodzicami. Pewnie dlatego teraz to ja swoje dzieci zaciągam do takich miejsc. Niektóre wystawy pamiętam do dziś. Podczas tej, która  najbardziej mi zapadła w pamięć  zachwyciłam się obrazem Caravaggia ,,Złożenie do grobu'' w Muzeum Narodowym. Moment w którym weszłam do sali z tym arcydziełem pamiętam do dziś i do dziś gdzie tylko mogę podziwiam Caravaggia, który nadal zapiera mi dech. 
Ale nie oszukujmy się, moich dzieci póki co mało interesuje sztuka dawna. Ściany obwieszone obrazami-nuda. Co innego sztuka współczesna. Bywa zaskakująca, niepozorna, a czasem trzeba się bardzo wysilić, żeby ją zauważyć, albo usłyszeć czy nawet poczuć. Kiedyś nie doceniałam tej sztuki. Denerwowałam się, że jej nie rozumiem. Pierwszy raz zachwyciłam się pracami Kozyry i wtedy też dałam sobie prawo do całkowicie intuicyjnego odbioru tej sztuki. Z pełnym subiektywizmem decyduję, czy coś mi się podoba, czy nie. Trochę jak dziecko, które widzi i od razu potrafi stwierdzić, czy coś jest fajne, czy nie i absolutnie żaden argument nie potrafi go przekonać, że jest inaczej. Lubię oglądać sztukę z dziećmi. Po pierwsze dlatego, że zwracają uwagę na coś zupełnie innego niż ja, czasem ze względu na wzrost, czasem ze względu na wyobraźnię. Po drugie zupełnie inaczej ją interpretują i zadają czasem naprawdę fantastyczne pytania.
Dzień Dziecka rozpoczęłam z Marią w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na warsztatach dla dzieci towarzyszących wystawie ,,W sercu kraju. Kolekcja Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie''
Wystawa jest interesująca. Marii najbardziej podobał się bałwan w zamrażarce, może dlatego że zrobiony przez nas bałwanek też przez jakiś czas mieszkał w domowej zamrażarce, więc Marysia mogła poczuć się jak prawdziwa artystka! Wrażenie zrobiły też na niej rzeźby Pawła Althamera. Moja krew. Ja też uwielbiam Althamera:-)Gdyby każda dzielnica naszego miasta miała swojego Althamera, to pewnie więcej było by takich przedsięwzięć jak Park Rzeźby na Bródnie, który po prostu musicie odwiedzić!
                                                  Maria i rzeźba Pawła Althamera ,,Guma''

wtorek, 7 maja 2013

Wiosna naprawdę wszędzie.

Ciszę w eterze czas przerwać. Jeśli myśleliście, że u nas nic się nie dzieje to byliście w błędzie. Korzystając ze sprzyjającej pogody zajęliśmy się ogrodnictwem. Sezon działkowy uważam za otwarty!
Najpierw zasiew balkonowy
Fasola jak malowana
Potem trzeba było udeptać ziemię w towarzystwie drogiej Sąsiadeczki
Trochę się powygłupiać
Pobawić się w supermarket
I wypatrzyć niezapominajki









P.S. Może ktoś się orientuje, czy to możliwe żeby dzięcioł powiększył sobie dziobem otwór w budce lęgowej? Bo powieszona w zeszłym roku budka ma jakby wydziobaną dziurę!

środa, 3 kwietnia 2013

Łódź niezwykła.

Mam sentyment do Łodzi. To tam zrobiłam sobie pierwsze blond pasemka, kupiłam pierwsze buty na obcasie i sukienkę na Studniówkę. Łódź to zaskakujące miasto. Warto skręcić z Piotrkowskiej w boczną uliczkę, by poznać tutejszy ,,klimat''. Czynszowe budynki, odrapane i pomazane ściany, podwórka studnie a między gęstą miejską zabudową wyrastają nagle fabryczne kominy. Wielkie ceglane budynki, niektóre odrestaurowane, niektóre sypiące się - przypominają o niegdysiejszej potędze tego miasta. Łódź nie pozostawia nikogo obojętnym, niektórzy ją nienawidzą, inni kochają. Ja jestem jej ciekawa. Mój wzrok przyciągają modrzewiowe budynki, stylowe kamienice zapuszczone i zapomniane, nowoczesne lofty w pofarbrycznych budynkach, podwórkowe kapliczki.. Życzę Łodzi jak najlepiej, kiedyś było to piękne miasto, może te czasy kiedyś wrócą? Jak dla mnie potencjał jest ogromny.

A co Ty będziesz robić z dziećmi w Łodzi? Spytała koleżanka , która stamtąd pochodzi,  na wieść że wybieram się tam w poświąteczny wtorek. No jak to co!

  • Poszliśmy do Teatru Pinokio na spektakl ,,Maszyna do opowiadania bajek'' Spektakl możemy Wam wszystkim polecić. Ma bardzo ciekawą formułę, bo jest improwizowany. To mali widzowie decydują o czym mają być bajki opowiadane przez aktorów, a wierzcie mi dzieci mają wyobraźnię! Dzięki pomysłom między innymi Jasia i Marysi usłyszeliśmy bajkę o jednorożcu (Marysia) o imieniu Kilof (Jasio), który mieszkał na farmie. 



  • Następnie udaliśmy się do Muzeum Animacji znajdującego się w Wytwórni Bajek Se-Ma-For, gdzie obejrzeliśmy premierowy odcinek bajki o Zajączku Parauszku, po czym dowiedzieliśmy się wszystkiego o animacji, a nawet sami stworzyliśmy swój film animowany metodą animacji poklatkowej!

                                                                    SE-MA-FOR wita
Co tam Coralgor, kiedy te kaloryfery takie fajne
Warsztat animatora


  • A na koniec zbyt krótkiego dnia wybraliśmy się się do Pałacu Izraela Poznańskiego, w którym znajduje się Muzeum Miasta Łodzi. Obejrzeliśmy piękne wnętrza i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o historii tego niesamowitego miasta.

źródło: www.pascal.pl

A tak Marysia grzała sobie stópki po wyczerpującej wycieczce. 


I nie myślcie sobie, że to już wszystko. Jak tylko się ociepli wpadniemy do Łodzi znowu, by:







środa, 20 lutego 2013

Jak polubiłam góry zimą.

Podczas ferii zimowych odkryliśmy tajemnicę młodego wyglądu naszej drogiej sąsiadki. Otóż sąsiadka owa, wygląda 10 lat młodziej, a to wszystko dzięki miejscu w którym się wychowywała! Aha! A jak to odkryliśmy? Odwiedziliśmy to miejsce! Tym miejscem jest Świeradów Zdrój. Malownicze miasteczko z uzdrowiskiem, świetną bazą hotelowo-restauracyjną i atrakcjami dla narciarzy. W Świeradowie nie ma tłoku, mnogość pensjonatów i hoteli gwarantuje konkurencyjne ceny i każdy znajdzie coś dla siebie. Narciarze zjazdowi mają najnowocześniejszą w okolicy gondolę, narciarze biegowi znajdą liczne trasy, dla amatorów basenów jest nowiutki aquapark, dla fanów spa oferta zabiegów w prawie każdym hotelu. Można się obłożyć borowiną, dać się wymasować od stóp do głów, bądź opić się uzdrawiającej wody radoczynnej.   My mieliśmy to szczęście, że w pensjonacie w którym mieszkaliśmy taka woda lała się prosto z kranu. Jasio skwitował to słowami: ,,To jest najlepszy pensjonat w jakim byliśmy, bo jeszcze nigdzie nie można było pić wody pod prysznicem'' Jakby tego było mało, pensjonat leży dosyć wysoko i codzienne podjazdy były bardzo emocjonujące, oczywiście tylko dla tych którzy siedzieli w aucie w odróżnieniu od tych, którzy woleli zrobić sobie na szczyt mały spacer:-)
Polecam Wam Świeradów Zdrój, bo nie jest tłoczny. Nawet pod stokiem nie ma kolejek do gondoli. Bez trudu można znaleźć miejsce parkingowe, a w wypożyczalniach nie brakowało sprzętu. W Parku Zdrojowym grasują oswojone wiewiórki, a same budynki uzdrowiskowe przypominają o latach świetności . Ale przede wszystkim to świetna baza wypadowa do:
Szklarskiej Poręby
Czech (Libereca, Harrachova i Frydlantu)
sztolni w Mirsku
Zamku Czocha
Lubomierza
Przyznam się szczerze, że nie przepadam za górami zimą. Tymbardziej, że nie jeżdżę na nartach i podczas gdy męska część rodziny szusuje, ja marznę pod stokiem zabawiając Marysię. W tym roku jednak zimno wynagrodziły mi biegówki (jednak na jakiś nartach się nie wywalam), okłady z borowiny i pstrąg pieczony na kamieniu. Z pewnością wrócimy do Świeradowa Zdroju latem, by wybrać się na rowerową wycieczkę, odwiedzić zamek w Frydlandzie ( zamknięty od listopada do marca) i poznać lepiej Góry Izerskie.

Droga sąsiadko dziękujemy za zaproszenie! 

Zamek Czocha tajemnymi przejściami stoi
mała rozgrzewka przed zjazdami
Sopel ze strumyka najlepszy na gardło!
Niezdrowa przekąska musi być.
Zamaskowany niecnota okupuje gondolę.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Niedziela po indyjsku.

 Jeśli na myśl o rodzinnym wypadzie do restauracji włos Wam się jeży na głowie i wyobrażacie sobie jak dziecię wasze hasa po sali restauracyjnej, a wy za nim spalając kalorie zamiast je kumulować dedykuję Wam ten wpis. 


     Zostałam zaproszona do odwiedzenia restauracji Ganesh w Warszawie. Wybraliśmy się tam w ostatnią niedzielę. Całą rodziną. Mieliśmy przetestować nie tylko menu, ale przede wszystkim opiekę nad dziećmi, jaką restauracja oferuje w niedzielę w godzinach od 13-18 oraz przez całe zbliżające się ferie. Co tu dużo pisać, jest to bardzo wygodne. Po pierwsze dzieciaki nie rozniosą restauracji podczas oczekiwania na posiłki, po drugie rodzice mają chwilę dla siebie:-) 

     Ganesh to sieć restauracji indyjskich. Restauracja, którą odwiedziliśmy mieści się na ulicy Wilczej 50/52. Wnętrza są przestronne, wcześniej działał tu klub, więc miejsca jest sporo, stoliki rozstawione są szeroko i pełno jest zakamarków gdzie większa lub mniejsza grupa gości może się poczuć swobodnie. 
Sala zabaw znajduje się na najniższym poziomie, kiedyś był tam klubowy vip room, teraz VIP-ami są tam dzieciakiJest to duże pomieszczenie, z wielkim zdjęciem Tadź Mahal na ścianie i orientalnymi lampami. Oprócz namiotu, kilku stolików, puf i krzesełek, są zabawki dla maluchów i starszaków.  Maria od razu oddała się swojej ulubionej czynności- czyli malowaniu. Z około godzinnego pobytu w restauracji przywiozła do domu zestaw gipsowych zawieszek, które własnoręcznie pomalowała. Janek zszedł na dół przez grzeczność, zarzekając się że jest już za stary na takie miejsca. Jednak Pani Magda - opiekunka znalazła i dla niego zajęcie. Najpierw przepytał z matematyki dziewczynki siedzące w sali (,,ja wiem, że one są młodsze mamo, chciałem sprawdzić ich poziom!''), a potem rozegrał mecz piłki nożnej z Panią Magdą. Byłam pod wrażeniem, że udało jej się zatrzymać w sali naszego starego wygę! W sali jest czysto, tylko trochę za ciemno, ale ma to się wkrótce zmienić. Na parterze jest miejsce do przewijania dzieci i szatnia. Można zostawić kurtki i czapy i nie trzeba obwieszać krzeseł. 
Toalety też przeszły nasz test. Czysto, papier jest, a w damskiej toalecie nawet krem do rąk! Plus. 

     Jeśli chodzi o jedzenie, to nie jestem typem wytrawnego smakosza, choć podobno świetnie naśladuje gesty Magdy Gessler. Obiad bardzo mi smakował i była to zdecydowana odmiana od kuchni włoskiej, jaką najczęściej jadamy na mieście:-) Miło zaskoczyło mnie menu dziecięce. Nie było pomidorówki, pizzy ani nawet nugetsów z kurczaka! Było jedzenie indyjskie! Oczywiście łagodnie doprawione, ale jednak indyjskie. Osobiście uważam, że dzieci powinny próbować wszystkiego i mieć możliwość kształtowania swojego gustu kulinarnego, a do tego potrzebne są różnorakie doznania smakowe. Marysia kręciła nosem, że sos zielony, że nie ma frytek, za to Jasiek przeszedł samego siebie! Zjadł swoją porcję Makhmali Kebabu (kawałki kurczaka marynowane w sosie śmietanowo-orzechowym) , pół porcji Marysi Chicken Pakory (kawałki kurczaka panierowane w mące grochowej) i spróbował jeszcze naszych dań. 
A dziś na śniadanie zażądał żebym zrobiła mu mango lassi! Wyrasta nam amator kuchni indyjskiej.
Dla mnie największym  problemem był wybór dania. Menu jest dłuuugie i podzielone na kuchnię północnoindyjską i południowoindyjską. Pierwsza jest dla mięsożerców druga dla jaroszy. Żałowałam, że nie przestudiowałam menu w domu na stronie internetowej, skorzystałam w końcu z podpowiedzi kelnera. Po przystawce i daniu głównym miałam ochotę rozłożyć się na jednej z leżanek i zapaść w poobiednią drzemkę:-)
Naszą wyprawę zaliczyliśmy do bardzo udanych. Oby więcej takich niedziel! Dzieci się nie wynudziły, rodzice nie zostali skompromitowani przez skandaliczne zachowanie potomków wyrabiających z nudów niestworzone harce. Z pełną odpowiedzialnością polecam.  

zdjęcie pochodzi ze strony www.ganesh.pl

Jan kształtujący swój smak


A w ferie opieka przez cały tydzień!