wtorek, 28 lutego 2012

Retro w kuchni

Po pierwsze to upiekłam po raz kolejny raz w życiu biszkopt. Wyrósł bujnie, rumienił się pięknie, a ja podziwiałam go z zachwytem przez okienko piekarnika. Już myślałam, że biszkoptowa klątwa została ze mnie zdjęta, gdy nagle okazało się, że bikszopt tylko się ze mnie natrząsał. Gdy tylko wyłączyłam piekarnik (nie, nie otwierałam go!) zapadł się w sobie, zrobił wydech i osiadł nisko w tortownicy.
Po drugie syn w ramach Uniwersyteu Dzieci odwiedział Dom Spotkań z Historią i odbył lekcję na temat zwyczajów panujących w przedwojennej Warszawie. Z zajęć przyniósł pracę plastyczną i staroświecki przepis na ,,Leguminę wanilijową z jabłek''.
Po pierwsz dodać drugie powstała legumina. Jako, że spurchlały biszkopt nadawał się do wszystkiego tylko nie do przełożenia kremem, zaszczycił swoją obecnością leguminę.
Przepis nieco zmodyfikowaliśmy, w oryginale brzmiał tak (niestety nie znam źródła):
,,Wziąść mleka kwartę, włożyć do niego kawałek wanilji, skórki cytrynowej samej żółtej i zagotować, a potem wystudzić. Tymczasem 8 lub więcej jabłek obrać, pokrajać w kostki i udusić z masłem i cukrem, aby były miękkie, bułki nakrajać w kostkę i w głęboki tygiel fajansowy lub półmisek z rondem sypać warstwami jabłka z bułką, a na sam wierzch cienko ukrajanych grzaneczek ułożyć na środku gwiazdę dużą, a brzegami w ukos. Dopiero wziąść owo wystudzone mleko, wbić do niego 2 całych jaj i pięć żółtków, 6 łutów cukru, rozbic motewką dobrze i zalać zupełnie jabłka, posypać po wierzchu cukrem, wstawić w piec miernie napalony, aby upiec a nie przypalić.''
 Nasza uwspółczesniona wersja:
350ml mleka
1 laska wanilii
skórka z mandarynki w obliczu braku cytryny
1 jajo
2 żółtka
5-6 jabłek
cukier
łyżka masła
jeden nieudany biszkopt ewentualnie 2-3 czerstwe bułki, chałka lub rogale
Mleko należy zagotować z wanilią i skórką i odstawić do ostygnięcia. Laskę wanilii wyciągnąć, rozkroić i wydłubane ziarenka wrzucić do mleka. Bułki pokroić. Jabłka rozgotować z masłem i cukrem do smaku. Do keksówki lub innej brytfanki kładziemy jabłka na zmianę z bułką. Do ostudzonego mleka wbijamy jajko i wlewamy żółtka, dodajemy 2 łyżki cukru i energicznie mieszamy. Powstałą mieszaniną zalać jabłka z bułką. Piec około pół godziny w piekarniku rozgrzanym do 150 stopni.
Tak oto wszystko dobrze się skończyło. Ja utwierdziłam się w przekonaniu, że co jak co, ale biszkoptów to piec nie potrafię. Dzieci poznały znaczenie kilku nowych słów typu łut, kwarta, motewka, tygiel i nauczyły się, że jedzenia nie można marnować nawet gdyby był to podeszwopodobny biszkopt. A na dodatek powstał smaczny retro-deser. 

piątek, 24 lutego 2012

Na ratunek zagrożonej matce

Matka została uziemiona. Odwilż dała nam się we znaki nie tylko ze względu na przemakające kalosze. Odwilż zawładneła również jednym z dzieci. Kapie z dachu i kapie z nosa. Na fali wiosennej odwilży umysłu, w obronie przed znudzonym dzieckiem chwyciłam za koc ratunkowy! Udało się! Znudzona bestia oddaliła się na cały kwadrans odwlekając szantaż emocjonalny.
W naszej futurystycznej sesji udział wzięli: jedno znudzone dziecko, jeden koc ratunkowy zakupiony w aptece.

wtorek, 21 lutego 2012

Pogadanki

JAN
Syn przyniósł ze szkoły tajemnicę, która go bardzo ,,uwierała''. Po moim o tym, że może mi sie zwierzyć ze wszystkiego, jesli ma taka potrzebę, nawet jeśli to coś strasznego zawsze wspólnie znajdziemy rozwiązanie itd., wyznał, że dostał uwagę. Tego samego dnia wieczorem przy kolacji:
-Mamo, wiesz ja muszę ci coś powiedzieć. Ja wiem, że możesz się na mnie denerwować, że przykro ci może być, no ale muszę to powiedzieć: te ekologiczne kabanosy są niedobre.

Dzisiaj rano w aucie.
- Mamo, a Maria wczoraj zrobiła mi przelew!
- Przelew? Jaki przelew?
- No przelała kasę z mojej skarbonki do swojej!

Wieczorne pogaduszki.
- Mamo, a Ty zrobiłabyś dla mnie wszystko?
- Oczywiście.
- A gwiazdkę z nieba byś mi dała?
- No, to akurat jest trudne do zrealizaowania.
- A w lawę byś skoczyła?
- Gdybym to było konieczne, to tak.
Syn (mruczy do siebie) Tylko skąd ja lawę wezmę???

Ulubiona ostatnio lektura syna ,,Atlas anatomii człowieka''.
- Mamo, a skąd piersi wiedzą, że już nie muszą produkować mleka?
- Dziecko przestaje ssać i wtedy gruczoły przestają produkować mleko.
- Ale skąd te gruczoły to wiedzą? List im się wysyła, czy co?

- Mamo jak dorosnę to będę lekarzem, a mój kolega X zostanie księdzem. Żon nie będziemy mieli,
  bo ja nie będę chciał, no a X nie będzie mógł mieć. I my będziemy razem mieszkać i po pracy
  będziemy sobie grali na komputerze.
- Ale ksiądz to musi mieszkać przy kościele, na plebanii.
- Cooo? Nie może mieszkać tam gdzie chce? To co to za praca??

MARIA
- Ja jestem kobietą.
- Kobietą?
- No co, kobietą nie mogę sobie być?

- Marysiu, a kim Ty chciałabyś być jak dorośniesz?
- Księzniczką.
- Ale księżniczką to trzeba się urodzić.
- No przecież ja się już urodziłam.

- Maria natychmiast ubieraj się!
Maria popatrzyła na mnie szczerze zdziwiona, podniosła palec jak belfer i kiwając nim wyjaśniła mi rzeczowo: Mamo, jak się chcę ubierać to się ubieram, jak się nie chcę ubierać to się nie ubieram, a teraz nie chcę się ubierać i się nie ubieram.

- Maryśka nie rozsypuj mąki po całej kuchni.
- No i popsułaś mi zabawę mamo.



poniedziałek, 20 lutego 2012

Szczekanie, mlaskanie i bębnienie

Niedzielę spędziliśmy aktywnie, być może nawet nadaktywnie.
Po pierwsze poszliśmy do Teatru Lalka na spektakl ,,Daszeńka'' na podstawie ksiązi Karela Čapka ,,Daszeńka, czyli żywot szczeniaka''. Daszeńka przypomniała mi naszego szalonego foksteriera, którego Dziadek kupił nam na wystawie psów. To był prawdziwy czort! A wracając do spektaklu- Maria i Jan wyszli usatysfakcjonowani i szkoda tylko, że w teatrach dla dzieci nie ma widowni wznoszącej się do góry, by dorośli siedzący z przodu nie zasłaniali dzieciom widoku a dzieci nie musiały klęczec na krzesłach.

             zdjęcie ze strony Teatru Lalka, wszystkie wcielenia Daszeńki były zrobione na szydełku
Po drugie wybraliśmy się wieczorem do Zachęty na rodzinne warsztaty muzyczne. Było po prostu rewelacyjnie! Dzięki energii prowadzącego warsztaty- Grzegorza Wierusa, który zachęcał nas do krzyku, bębnienia, śpiewu, głośnego mlaskania, a nawet eksimoskich okrzyków wyszłam z Zachęty z zupełnie zdartym głosem i na dodatek tak zaaferowana, że zapomniałam zabrać torebki. Maria popłakała się na wieść, że trzeba już wracać do domu, a Jasia siłą niemalże odciągałam od kotłów. No i mówię Wam, że po tych warsztatach mam chęć zapisać się do chóru, bo to tak fajnie od czasu do czasu zaśpiewać na całe gardło! Z moimi wokalnymi zdolnościami zrobiłabym karierę niczym Florence Foster Jenkins. A na pewno wybiorę się z dziećmi do Filharmonii Łódzkiej na koncert z cyklu ,,O co tyle hałasu'' z tym samym prowadzącym oraz na kolejne warsztaty rodzinne w Zachęcie, bo to bardzo fajne miejsce.


wtorek, 14 lutego 2012

Królewna Korolina

Królewna Korolina mieszkała w pięknym pałacu w krainie Trikolorro. W krainie, w której mieszkała wszystko było w trzech kolorach: niebieskim, żółtym i czerwonym. Wszystkie suknie królewny Koroliny były w tych trzech kolorach, jej meble, potrawy które jadła, naczynia których używała, stroje podwładnych, karoce i wszystko dookoła było albo niebieskie, albo czerwone albo żółte. Pewnego dnia do królestwa przybył kupiec z dalekich krajów. Stanął przed obliczem królewny i zaczął opowiadać o dalekich krainach, w których są też inne kolory, takie jak fiolety, róże, pomarańcze i szmaragdowe zielenie. Korolina słuchała zachwycona, zapragnęła aby i w jej królestwie było więcej kolorów. Wezwała do siebie starego mędrca, najmądrzejszego w całym królestwie i rozkazała mu jechać do dalekich krajów po inne kolory, o których tyle słyszała. Mędrzec roześmiał się tylko, postawił przed królewną naczynia z farbami: żółtą, niebieską i czerwoną i powiedział:

- ,,Ależ królewno, wszystko czego potrzebujesz do stworzenia innych kolorów masz przed sobą’’.

Wszystko powiadasz?
Aha! Fiolet już mam!!
                                                             Eksperymentowanie trwało.
                                                                            i trwało...
                                      Aż Księżniczka się calkiem zapomniała w kolorotworzeniu
                      A do zabawy, zachęcony radosnymi piskami, dołączył Wierny Giermek.

 


czwartek, 9 lutego 2012

Drukarka wielofunkcyjna

Siedzę sobie i patrzę na nasz nowy nabytek: drukarkę wielofunkcyjną. No właśnie tą drukarkę wielofunkcyjną. Jej rodzaj żeński zamyka się w wielofunkcyjności, jej wielofunkcyjność przybliża ja do prawdziwej kobiety.
A na temat bajeczka:
Wstaję. Sygnał budzika jakby łączył się organicznie z moim mózgiem. Spuszczam nogi na podłogę. Pod łóżkiem już czekają, jak rumaki ze śliną na pyskach przed wyścigiem - moje kapciuszki. Wsuwam stopy i już pędzę z szybkością porannego światła. Najpierw wstawiam czajnik, grunt to planowanie. Siku, myju, tonik, krem i do kuchni. Woda buzuje, herbaty zalane, zabieram się do śniadania. Mąż szura kapciami, znaczy się wstał. Seryjna produkcja kanapek, dla każdego coś innego w zależności od zapotrzebowania kalorycznego oraz upodobań smakowych jak również wskazówek piramidy żywienia. Śniadanie podane, dzieci obudzone podłączone za pomocą nibyczułek do sprzętu audio-video dobudzają się na kanapie. Pogawędka ze Ślubnym przy błyskawicznym śniadaniu, ostatni łyk herbaty, rumaki znów gotowe do pędu. Mycie zębów, ubranie po krótkiej, jakże typowej dla kobiety, chwili zadumy. Przygotowuję dzieciom ubrania, popędzam, krzyczę wciskam śniadanie do gardeł, wręczam załadowane pastą szczoteczki. Nadzorując mycie zębów, ładuje pralkę i maluję oko, co by przez cały dzień pozostało bystre i czujne. Jeszcze tylko inspekcja plecaka Pierworodnego, próba rozczesania kołtuna na głowie Młodszej, jak zwykle zakończona fiaskiem. Buty, kurtki, szaliki, chusteczki w kieszeń, buziaki i na rozstaje dróg. Oni w stronę szkoły, ja w stronę metra. Stojąc na skrzyżowaniach rozmyślam co by tu na obiad, jeśli w ogóle... W metrze spędzam święte 20 minut poświęcone na rozrywkę i kulturę. Czytam książkę i nic to, że zajmuje pół mojej torebki. W pracy względny spokój, rutynowe działania, psychologiczna walka z przestarzałym oprogramowaniem, dziurkowanie, stemplowanie, a nawet zszywanie i kserowanie. Nie wiadomo kiedy koniec. Marsz do metra, w drodze zakup bułek(grunt to planowanie). Metro, kolejne 20 minut tylko dla mnie, przy odrobinie szczęścia w pozycji siedzącej zamiast balansującej wokół wspornika. Do auta. Kierunek: placówki oświatowe. Na światłach planowanie zakupów z jednoczesnym obliczaniem miesięcznego zużycia produktów spożywczych przez czteroosobową rodzinę. Parkowanie (podobno kobiety żyja dłużej, bo Bóg im w ten sposób wynagradza czas spędzony na parkowaniu). Pędem po syna, pokwitowanie, pędem po córkę do przedszkola, pogawędka z wychowawczynią, dopinanie guzików i znowu sprint. Poszukiwanie miejsca do zaparkowania pod domem, jeśli się uda zaparkować bliżej niż 100 metrów czujemy rozpierające szczęście. Pozostaje jeszcze tylko wtaszczyć dzieci, wraz z misiami, plecakami, workami, rysunkami, bułkami na górę. Rozpłaszczyć, rozkurtkować, rozbutować i zarządzić czas wolny. Uff klap na krzesło, ale tylko na moment. Przegląd lodówki, nalać soczków, rozładować zmywarkę, rozładować pralkę, zagrać w grę logiczną pt. parowanie skarpet, wyjąć nie zjedzone śniadanie z plecaka. Chwila na komputer o ile nie jest zajęty przez syna. Po krótkiej przerwie na rekonwalescencje po szkolno-przedszkolnych przeżyciach dnia powszedniego zasiadamy do odrabiania lekcji. Mimo zapewnień syna, że wszystko odrobione zaglądamy do podręczników i wymiętych zeszytów, tropimy błędy ortograficzne i dopytujemy o istotę rzeczy, kilkanaście razy pytamy czy wie coś o zaplanowanych klasówkach. Zazwyczaj po jakimś czasie syn odzyskuje jasność umysłu i przypomina sobie, że jutro będzie odpytywanie z czytanki dajmy na to. Odpytuję, w przerwach szykuje obiad. Małżonek wraca, zmęczony życiem i pracą. Przerwa na posiłek regenerujący. Potem to już z górki, asysta przy kąpieli, kontrola higieniczna, kolacja, zęby. To obowiązki ojca, jednak ja nadzoruję, przypominam, czuwam na posterunku. Dzieci kładą się do łóżka, pozostawiając po sobie ścieżkę usypaną z odzieży, bielizny, kapci, zeszytów, misiów i kucyków. Jeszcze tylko czytanie, lektura starannie dobrana i wyważona, skłaniająca do refleksji i niezbyt ciężka, by sen był po niej długi i niczym nie zmącony. Po 40 minutach wycofuję się bezszelestnie niczym komandos. Ścieżka pozostawiona przez dzieci nietknięta, naczynia po kolacji mienią się blaskiem odbitego w nich księżyca. Ojciec śpi skulony na kanapie. Oto ja matka wielofunkcyjna, wielozadaniowa, walcząca z chaosem. Cieszę się ciszą i spokojem, siedząc w świetle monitora póki nie zmorzy mnie sen. A rano…

wtorek, 7 lutego 2012

Samba

Oto szkoła samby na miarę naszych możliwości.
W tle ,,Atlas świata. Ameryka Południowa'' z ilustracjami Daniela de Latour'a, pięknie wydane przez Wydawnictwo LektorKlett która zainspirowała nas do zabawy. A do tańca najlepiej przygrywa Brazilian Beat Putumayo.

czwartek, 2 lutego 2012

Hello Black Kitti!

Jak dotąd wszystkie ,,hejołkiti'' były różowe. Czyżby pogadanka o tolerancji przy okazji historii o Tintinie zadziałała również na Marię?

wtorek, 31 stycznia 2012

Jutro bal

Jutro bal. Przyszywanie odnóży trwa. Gdyby nie Jan wystarczyłyby Marii dotychczasowe. Niestety starszy brat uświadomił siostrzyczkę, że prawdziwe pająki mają aż osiem nóżek. Ech, jestem do tyłu o dwie pary rajstop.

A w zeszłym roku było tak:

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Prawdziwa zima

Mój stosunek do zimy jest ambiwalentny. Z jednej strony zimowe kuligi, puszysta kołderka przykrywająca wszystko to, co brudne i szare, rumiane policzki, skrzypiący pod nogami śnieg. Z drugiej strony jako osoba urodzona w zimie nie ,,czuję’’ tej pory roku. Skrobanie szyb, gubienie rękawiczek, ubieranie i rozbieranie dzieci, spektakularne upadki w miejscach publicznych, a po nich jeszcze bardziej spektakularne sińce na d…

Jednak muszę przyznać, że zima w górach zwłaszcza podczas urlopu ma więcej plusów. Wybraliśmy się w ferie do Tylicza nieopodal Krynicy Górskiej. Miejsce nie zatłoczone, kameralne z dobrą infrastrukturą dla narciarzy. Jeśli jednak ktoś zatęskni za miejskim klimatem, może wybrać się do Krynicy, by pospacerować w tłumie kuracjuszy. Dla ludzi prychających na narty (takich jak ja) okolica oferuje wiele możliwości. Można wybrać się na przykład:

• na kulig,

• na wycieczkę np. szlakiem architektury drewnianej, lub na Słowację,

• na masaż, refleksoterapię, maseczkę i co tam jeszcze…

• na wycieczkę do pijalni wód zalatujących nieco nieświeżym jajem, mających jednak liczne właściwości lecznicze,

• do Muzeum Nikifora,

• do Muzeum Zabawek,

• na zakupy lub do kina,

• do jednej z licznych knajp celem powiększenia powłoki tłuszczowej chroniącej przed zimnem.

Ja jednak w tym roku głównie korzystałam z pięknej zimowej pogody i asystowałam Marii przy jej pierwszych krokach tj. szusach na nartach. Liczę, że jeszcze tylko rok-dwa i będę mogła oddalić się spod stoku, by zająć się swoimi sprawami podczas gdy reszta rodziny będzie zjeżdżać wśród tłumów im podobnych zapaleńców ze stromych gór w niewygodnych, krępujących kostki butach.

Dzieci na tle malowniczego miasteczka Bardejov
Maria udaje, że słucha instruktora
                                                                     widok z okna
do startu! gotowi?! start!

czwartek, 19 stycznia 2012

Jedzenie dla dorosłych

Dzieci wyjechały. Rodzice nie mają co robić z czasem, dlatego tez postanowili nadrobić zaległości filmowe i prawie codziennie chadzają do kina. Maria i Jan testują w tym czasie cierpliwość dziadków.
Wczoraj natomiast korzystając z nadmiaru wolnego czasu przygotowałam kolację. W wyniku moich kulinarnych eksperymentów powstały całkiem smaczne babeczki.
Babeczki z konfiturą cebulową
Konfitura:
0,5 kg czerwonej cebuli
ząbek czosnku
łyżka miodu lub cukru
5-7 łyżek octu balsamicznego
oliwa
sól, pieprz, tymianek
Kruche ciasto:
pół kostki masła
jajo
mąka
Polewa:
pół kubka śmietany 12%
jajo
garść startego sera żółtego
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
Zaczynam od wyrobienia ciasta kruchego, dodaje tyle mąki by nie kleiło się do rąk. Wylepiam nim silikonowe foremki do muffinów, nakłuwam i wkładam do lodówki.
Cebulę kroję w piórka. Wrzucam na rozgrzaną oliwę, solę i smażę aż się zeszkli. Następnię duszę na małym ogniu dodając miód (lub cukier) i czekam aż cebula zacznie karmelizować. Dolewam ocet i dodaję tymianek i czosnek. Gotuję aż cebula zmięknie. W tym czasie nagrzewam piekarnik do 200 stopni i wkładam babeczki. Podpiekam 15-20 minut. Wyjmuję je z pieca, nakładam do środka po łyżce konfitury i zalewam śmietaną. Wkładam do piekarnika i zapiekam aż śmietana z jajkiem się zetną i zarumienią.
Zamiast bawić się w lepienie babeczek zawsze można po prostu upiec dużą tartę w okrągłej blaszce.
                                                niezbyt fotogeniczna, ale naprawdę smaczna
A teraz uwaga, uwaga daję upust swojej próżności, zgrywam idealną panią domu i chwalę się: mało że babeczka mojej roboty to jeszcze talerz mojej roboty! Ha!

środa, 18 stycznia 2012

Wstydź się TinTin!

Oto wiedziona matczynym przeczuciem zaczęłam kartkować komiks o Tin Tinie, który syn dostał pod choinkę. Nie muszę chyba dodawać, że Mikołaj zapakował go na prezent rękoma niżej podpisanej. No więc kartkuję ja sobie komiks i nagle włosy stają mi dęba! Tin Tin jedzie do Afryki gdzie morduje bez najmniejszego powodu kilkadziesiąt dzikich zwierząt, w tym przynajmniej trzy obdziera ze skóry. Ale to jeszcze nic, czarnoskórzy tubylcy są pokazani jako głupcy i lenie, mówią bezokolicznikami niczym sienkiewiczowski Kali i uznając natychmiast wyższość Tin Tina, a nawet jego psa Milusia obwołują ich swoimi władcami. Brrr!!!!! Typowy, bardzo stereotypowy obraz Afryki przedstawiony przez Belga z kraju mającego swoje kolonie w Afryce aż do lat sześćdziesiątych XX wieku. Zresztą Belgowie mają na sumieniu wiele grzechów kolonizatorów żądnych bogactw naturalnych krainy którą posiedli, nie licząc się z rdzennymi mieszkańcami .
I tak komiks o Tin Tinie stał się pretekstem do lekcji o tolerancji, szacunku do ludzi innych kultur i niechlubnej historii krajów europejskich, które rozparcelowały między siebie Afrykę uznając swoją wyższość nad rdzennymi mieszkańcami. Syn wysłuchał z pokorą. Każda okazjia do wychowawczej pogadanki jest dobra.
A wczoraj obejrzałam bardzo na temat film o Ludzkich Zoo. Straszne do czego ludzie są zdolni.
Polecam również ,,Czarną Wenus'' - poruszająca.

środa, 11 stycznia 2012

Zupa marchewkowa na kolację

Osobiście uważam, że od najmłodszych lat powinniśmy kształtować gust naszych dzieci. Opieram sie przed kupowaniem zabawek/ubrań/książek na które upierają się moje dzieci, a które mnie się nie podobają. Ważne jest dla mnie również, aby ich poczucie humoru poszło w odpowiednim kierunku i by w przyszłości zaśmiewały się z Latającego Cyrku Monty Pythona czy Kabaretu Potem, a nie z żartów gastrycznych prezentowanych chociażby w popularnych gazetkach dla dzieci, czy gagów z filmów z Hanah Montaną w roli głównej. Wykorzystuję w tym celu książki, filmy, spektakle teatralne a nawet gry komputerowe i przy okazji sama się świetnie bawię:-)
Przyznam się, że książkę tą zakupiłam sobie samej na urodziny. Przeczytałam w święta wywiad z autorką i pomyślałam, że muszę mieć. ,,Gratka dla małego niejadka'' Emilii Dziubak  jest pięknie ilustrowana i wydana z dużą starannością.  Dzieci wyrywały ją sobie z rąk, mimo stonowanej kolorystyki i nieco ponurawych postaci (np. rodzinka owoców suszonych). Poczucie humoru wspaniałe! Dzieciaki, a ja wraz z nimi chichrałam się na widok truskawy w ekwpiunku nurka, pływającej w ,,słodkim kompociku'', czy labiryntu pt. ,,wygoń robaka z kapusty''. Cudo! A najlepsze jest to, że przepisy prezentowane w książce są proste i łatwe do przygotowania dla dzieci. Najlepszy dowód na zdjęciach poniżej:

rekonesans
                                                               przygotowanie składników
(dziękujemy stukrotnie Kochanej Sąsiadce za pożyczkę marchewkową!)
degustacja

niedziela, 8 stycznia 2012

Rozwiązanie zagadki

Oto co Marysia miała na myśli:
                                                              Jan grający na pianinie

środa, 4 stycznia 2012

Zagadka

Oto wczorajszy rysunek Marysi. Uważam osobiście, że kolorystyka i kompozycja są świetne:-) Czy zgadniecie kogo przedstawia?
Odkąd studiuję sobie ,,Sztukę'' i nauczyłam się wiele o fazach rozwoju dziecięcego rysunku obserwuję wnikliwie samodzielne prace Marii. Rysuje je rzadko. Woli kolorowanie, gdy proszę o autorską pracę tlumaczy się że nie umie. Podejrzewam, że to w pewnym stopniu wina przedszkolnych nawyków. Prace przedszkolne zostawiają niewiele własnej inwencji, dzieci dostają wzór i wskazówki dalszej pracy. Osobiście na dzień matki wolałabym dostać  samodzielnie namalowany portret niż kwiatek origami wyglądający jak robiony z matrycy z komentarzem mojego syna ,,bo tak naprawdę mamo, to te kwiatki zrobiła ciocia''.
No cóż, sama z zerówki pamiętam syrenkę warszawską wyklejaną wydzierankami. Panie postarały się, żeby kawałki były równo podarte, a kolory u wszystkich takie same.
Chrońmy kreatywność i twórczą inwencję naszych dzieci!

wtorek, 27 grudnia 2011

Makaronowe dzieła tworzone pod stołem

Właściwie to można się było zmylić pogodą i na pasterkę wybrać się z koszyczkiem pisanek. U Was też tak ciepło?
Maria podczas długich biesiad szukała dla siebie twórczego zajęcia. Tu widać jak układa z makaronu domek.
Jan przeczytał jeden komiks o TinTinie i chce więcej. Poza tym zachorowaliśmy na Rummikub (prezent pod choinką), w ciągu ostatnich kilku dni odbyliśmy kilkadziesiąt rodzinnych rozgrywek i ciągle nam mało! Polecamy!

piątek, 23 grudnia 2011

Choinka 2011

Oto nasza choinka. Dzieci zawiesiły na niej wszystkie ozdoby jakie miały do dyspozycji. Na bogato. Nie została ani jedna pusta gałązka. Ta choinka jest świetną ilustracją tego, co dzieje się współcześnie ze świętami. Wszystkiego jest za dużo: prezentów, jedzenia, bodźców. Na każdym kroku Mikołaje, zniżki, anioły z opłatkami, świąteczne piosenki, choinki, lampki i okazje. Wszystko po to, by wpaść w świąteczny wir szaleństwa zakupowego.
My jak co roku wyjeżdżamy do rodziców. Przed nami mnóstwo wrażeń, ale mam nadzieję, że będzie też czas na błogi odpoczynek, chwile tylko dla rodziny, wspólne kolędowanie i kolekcjonowanie uśmiechów najbliższych. Czego i Wam życzę. Patrzcie i cieszcie się tym co widzicie. Życzę  Wam dobrych nastrojów i wewnętrznego spokoju.

wtorek, 20 grudnia 2011

Maria jedynaczka i Jan vel odcięta pępowina

Trudne było życie z Marią pozbawioną brata. To właściwie pierwsze tak długie rozstanie tej dwójki. Maria jako jedynaczka nie nadaje się do współżycia. Jęczy, wymaga uwagi i nieustannego zainteresowania, nagle staje się bardzo niesamodzielna i wymaga pomocy przy najprostszych czynnościach. Co rano kładła się na podłodze i kazała ubierać się jak lalkę, tylko w odróznieniu od lalki stanowczo żądała w co ma być ubrana. No i przede wszystkim jak mantrę powtarza że ,,Jasio jest słodki i kochany i niedługo wraca''. Nie umie żyć bez brata i to jest nad wyraz rozczulające, zważywszy na fakt, że juz niedługo z tego wyrośnie.
Jan natomiast z dala od rodziny czuje sie jak ryba w wodzie. Nie dzwoni, nie odbiera telefonów, na uporczywe wydzwanianie odpowiada sms-em ,,nie mam czasu''. Gra w bilard i ping-ponga, szusuje ze stoku (,,ale wiesz mamo, że prędkość nie jest najważniejsza''-mówi nawiązując do swojej techniki slalomowej, która w odróżnieniu od zjeżdzania ,,na krechę'' jest wolniejsza). 
No i dobrze go wychowaliśmy na samodzielnego faceta, tylko matce głupiej jakoś ciężko się z tą świadomością żyje. Że syn gdzieś daleko, nie wiadomo czy podkoszulkę nosi, nie wiadomo czy czapkę naciąga i kołdrą się nakrywa należycie. Ale zęby zaciskam i robię dobrą minę, no bo w końcu co mi zostało. Toksyczność skrywam w sobie, bo mamisynków nie cierpię i mam nadzieję na wychowanie samodzielnych, samostanowiących i świadomych jednostek. Przynajmniej to sobie powtarzam, gdy syn po raz trzeci odrzuca połączenie, albo po dwóch minutach rozmowy twierdzi, że mu coś szumi i musi kończyć.
Na szczęście jutro wraca i wszystko będzie jak dawniej.
A oto rozrywki, jakie zapewniałam Marii, by nie myślała o nieobecności brata:
wałkowanie
ćwiczenia mimiki

dekoracja
motyw dekoracyjny przeniósł się z Marią do łazienki

Maria też zapewniła nam rozrywkę występując w przedszkolnym przedstawieniu w roli Śnieżynki*



* korzystając z okazji dziękuję całej rodzinie i znajomym z różnych zakątków Polski za zaangażowanie w
   poszukiwaniu stroju dla naszej Śnieżynki


niedziela, 18 grudnia 2011

Piernik z Wrzący b. dobry

Babciu, wiesz że piekę piernik z Twojego przepisu. Dziękuję, że zapisałaś. Nie, nie ten ,,dobry'', ani ten ,,oszczędnościowy''. Ten z Wrzący, napisałaś ,,b.dobry'' Chyba wiele razy go robiłaś, cała strona poplamiona, nawet odsicnęło się dno szklanki. Tak wiem, że musi odstać swoje, dlatego zrobiłam tydzień wcześniej. No domyśliłam się, że mleko przez pomyłkę skresliłaś, bo jak za pierwszym razem zrobiłam bez mleka, ciasto było za gęste.  I cukru mniej dodałam. Ja wiem, że ciasto MUSI być słodkie Babciu, ale miód i tyle cukru za dużo...No linię też trzymam, ale po prostu wolę mniej słodkie. Domyśliłam się, że pulchnik to proszek do pieczenia, tylko zamiast zapachów dodałam przypraw korzennych. No teraz to Babciu wszystko jest. Goździków dodałam, gałki, cynamonu, imbiru. Tylko nie napisałaś ile mam piec, nie wiedziałam, chyba za długo trzymałam w piekarniku. Mam nadzieję, że wyjdzie dobry. Babci pewnie zawsze pyszny wychodził, dużo lepszy niz mój. No jak będę piekła co roku to też mi będzie wychodził i przepiszę przepis do swojego zeszytu. Jak to po co? Żeby Marysia mogła kiedyś upiec ,,Piernik ze Wrzący b. dobry'' od swojej Prababci Zosi. No nie poznałyśmy się Babciu, ale czasem czuję jak na przykład wtedy gdy piekę ten piekrnik i przeglądam Twój zeszyt, że wiele nas łączy.
przepis na piernik pisany przez moją Babcię
piernik w całej okazałości

Składniki:
1 kg maki (użyłam mniej, ok. 700g)
1 szkl. miodu
1 kostka margaryny
1 szkl. śmietany
1 szkl. mleka (tłustego)
1/2 kg cukru - dodałam szklankę
4 jaja
2 łyżki sody
1 opakowanie proszku do pieczenia
karmel z czterech łyżek cukru
przyprawy do piernika, ja dodałam: po łyżce cynamonu, imbiru, goździków, i pół łyżeczki gałki
bakalie i orzechy: ja dodałam migdały i żurawinę suszoną
W garnku z grubym dnem robię karmel. Wyłączam kuchenkę, do karmelu dodaje miód i przyprawy korzenne mieszam trzepaczką, dodaje margarynę i mieszam póki się nie rozpuści. Dolewam mleko i śmietanę. Gdy masa przestygnie wbijam jajka i mieszam. Mąkę mieszam z proszkiem i sodą. Dosypuję mąkę do masy, na koniec dodaję bakalie. Wlewamy ciasto do nasmarowanych tłuszczem (chyba, że się ma silikonowe) brytfanek. Piekłam ok. 75 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

piątek, 16 grudnia 2011

Syn po raz pierwszy wyjechał na kilkudniową wycieczkę bez rodziców. Daleko. Zanim wyjechał kazał liczyć ile kostek ptasiego mleczka zje pod jego nieobecność siostra. Potem się rozliczą. Jak to bywa rodzice bardziej przeżywają ten wyjazd niż dziecko. Dzień pierwszy, godzina 22:30. Telefon od syna:

- Co tam chcieliście? Dzwoniliście do mnie, co mi chcieliście powiedzieć?
- Chcieliśmy zapytać co u Ciebie słychać.
- U mnie dobrze, taka Pani przyszła i spisała szkody i będziemy za nie płacić.
- Co?! Jakie szkody zrobiliście??
- No jeszcze nie zrobiliśmy, dopiero je Pani spisała, a jak je zrobimy to będziemy płacić.
(...)
- A wiesz mamo, mamy tu sklepik ze słodyczami.
- Oooo, to już wiem na co wydasza całe kieszonkowe.
- Mamo, ale to ja mam ten sklepik, sprzedaję słodycze, które mi włożyłaś do walizki.
- Co???
- Nie martw się, nie sprzedaję za więcej niż 10 złotych.
-???

Także jak widzicie radzi sobie. Za szkody najprawdopodobniej zapłaci z tego co zarobił na słodyczach:-)
Gorzej z Marysią. Powłóczy nogami, smętnie krąży po domu z misiem w ręku i wzdycha ciężko. Jak ją spytać co się dzieje odpowiada, że smutno jej bez Jasia.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dwa metry kwadratowe podłogi tygodniowo

Tyle Maria zamalowuje w przedszkolu. Rysunki są bajecznie kolorowe. Brakuje mi tylko jej własnych autorskich dzieł. Póki co ma fazę na kolorowanie - ,,bo ja pięknie kojojuje mamo'' Wycinanie to też jedno z Jej ulubionych zajęć, zwłaszcza odkąd Mikołaj przyniósł ,,zawodowe'' nożyczki dla przedszkolaczka w kolorze pink. Spróbujcie tylko zostawić kolorowe pismo w zasięgu jej nożyczek, zaraz rozłoży je na części pierwsze. Na jedną kupkę ludzkie postacie, na drugą zwierzęta, na trzecią wszystko pozostałe porządek musi być! Jej zacięcie do porządkowania, które objawiło sie niedawno przypomina mi dzieła tego Pana. Gdyby tak jeszcze nowe zamiłowanie Marysi odbiło się globalnie na porządku w mieszkaniu...
A Jaś szykuje się do pierwszego wyjazdu bez rodziców na ,,białą szkołę''. Ciężki tydzień przed nami.

czwartek, 1 grudnia 2011

Pippi Pończoszanka powróciła!!!!!!

Uwaga duzi i mali Pippi powróciła!!!! Na deski Teatru Dramatycznego w Warszawie. Kto żyw niech staje w kolejce po bilety. Nie omieszkaliśmy wybrać się na spektakl. Było cudownie! Uśmiałam się tak, że brzuch mnie rozbolał. Jasio siedział nieruchomo wpatrzony w scenę, a Maria tak przeżywała losy bohaterów, że na koniec popłakała się razem z mieszkańcami miasteczka żegnającymi Pippi. Wracając do domu nuciliśmy muzyke ze spektaklu. Takie emocje tylko w TEATRZE! Sezon teatrlany w tym roku otwarty z poślizgiem, ale pierwszy spektakl to strzał w dziesiątkę. Zresztą to już nasz drugi raz na Pippi Pończoszance. Ostatnim razem Jasio był w wieku Marysi, a ja byłam jeszcze Marysią nadziana:-)
                                                    zdjęcie ze strony Teatru Dramatycznego
                                           w teatrze każdy może spróbować dźwignąć konia

niedziela, 27 listopada 2011

Lampiony w sam raz na Adwent

Oto jak w prosty sposób zrobić wspaniały lampion. Potrzebne będą:
- kolorowe kartki xero
- pisaki
- olej np. rzepakowy
- pędzlek
- zszywacz
Najpierw dzieci malują piękny obrazek pisakami na calej powierzchni kartki (uwaga ustawiamy kartkę poziomo). Nastepnie samrujemy olejem do wyboru: tło lub sam rysunek. Należy uważać, żeby oleju na pędzelku nie było za dużo i nie rozlewał się na cały rysunek, część ma pozostać sucha. Kartkę zszywamy, tak by powstał walec. Do środka wsadzamy świeczkę. Nie zostawiamy lampionów bez nadzoru!

Prace wykończeniowe
Lampiony, które powstały na ostatnich zajęciach w Klubie Mam na Bemowie

czwartek, 24 listopada 2011

Mamo, a zrób mi fryzurę na Tintina

Jan poleca gorąco film ,,PrzygodyTintina''. Nie miałam przyjemności oglądać, bo Jasio do kina poszedł z Dziadkiem, ale przez kilka kolejnych dni po seansie syn scena po scenie odtworzył mi całą historię.

niedziela, 20 listopada 2011

Ceramicy w rodzinie

Leży przed tobą bezkształtna bryła gliny. Glina jest miękka i wilgotna, łatwo daje się kształtować.  Można w nią wgnieść stres, złość, frustrację, przyjmie wszystko, wchłonie jak gąbka. Dłonie robią coraz łagodniejsze ruchy, gładzisz glinę, staje się gładka pod twoimi palcami. Toczysz kule, wałkujesz placki, formujesz wałki. Możliwości są nieograniczone, można sięgnąć do własnej wyobraźni, lub użyć formy. Potem ćwiczymy cierpliwość czekając aż glina wyschnie i stwardnieje, a potem czekamy aż zostanie wypalona. Teraz ozdabiamy. Musimy domyslać się jaki kolor będzie miał gotowy wyrób, czekamy niecierpliwie na ostatnie wypiekanie. I oto niespodzianka. Teraz pozostaje tylko podziwianie niepowtarzalnych dzieł własnych rąk.
Na zdjęciu: maselniczka mojego autorstwa, oraz Jasiowe dzieła z zajęć z ceramiki w szkole.
Polecam każdemu spróbowanie lepienia, dla mnie to fantastyczna sprawa, zresztą Jasio to też fan gliny:-)


czwartek, 17 listopada 2011

Zabawa bez pudła

Zawsze gdy mam dostać jakąś dużą przesyłkę zastanawiam się w jakie pudło będzie zapakowana i czy pudło to nada się potem do zabawy. Dzieci uwielbiaja pudła. Uważam, że patyk niezasłużenie jest na pierwszym miejscu wśród zabawek wszechczasów. Na pierwszym miejscu zdecydowanie powinno być pudło! Na ostatnim pudle odrysowałam dzieci, a potem one dokończyły dzieła. Kilka tygodni temu na swoich warsztatach plastycznych w Klubie Mam na Bemowie dzieciaki malowały kartonowe miasto! To była dopiero zabawa! A jeśli sami chcielibyście dostac jakieś pudła polecam akcję Dzień Darmowej Dostawy. Jako osoba oszczędna i aspirująca do dobrze zorganizowanej, mam zamiar skorzystać z tej akcji i przygotować się zawczasu do świąt:-)

Jan jeszcze jako jedynak i jego autoportret
                       Współpraca przy budowie pudłowego auta-lakiernik wybiera z palety kolor karoserii

                                        
kartonowe miasto w Klubie Mam na Bemowie

                                                                        ostatnie pudło