wtorek, 27 września 2011

,,Cztery maLe krasnoludki''

Dzisiaj polecę Wam płytę, która u nas święciła triumfy popularności podczas wakacji. Zaczęło się od Radia Bajka, które odkryliśmy jeszcze przed wakacjami. Pewnego popołudnia usłyszeliśmy tam piosenkę o zegarze. Jasio zachwycił się. Niestety osoba prowadząca audycję nie podała tytułu utworu. Dałabym sobie rękę uciąć, że śpiewał ją Mieczysław Fogg. Obiecałam Jasiowi piosenkę odnaleźć. Jak zwykle niezawodny wuj Google po dobrych kilkunastu stronach doprowadził mnie do celu. Płytę ,,Dawne piosenki, bajki i baśnie dla dzieci w wykonaniu artystów XX wieku'' zamówiłam natychmiast. Paczkę rozpakowaliśmy w pośpiechu i od razu włączyliśmy płytę. Od pierwszego, a właściwie od drugiego, czwartego i ósmego utworu się w niej zakochaliśmy. Dzieci słuchały jej na okrągło, dzięki czemu dowiedziałam się, że dojazd z domu do żłobka Marysi trwa dokładnie tyle ile pięciokrotne wysłuchanie ,,Piosenki o zegarze'' w wykonaniu Mieczysława Fogga oraz siedmiokrotne wysłuchanie ,,Czterech małych krasnoludków'' w wykonaniu Chóru Eryana. Jakby tego było mało Jaś zażądał spisania tekstu ulubionych utworów, co też uczyniłam. Szybko nauczyliśmy się słów na pamięć, a Maria trzymając tekst do góry nogami i śpiewając po raz setny słyszaną piosenkę trzeźwo zauważyła, że ona chyba potrafi czytać! No bo przecież śpiewa to, co napisane jest na kartce:-)
Polecam Wam tą płytę, bo jest naprawdę wspaniała. Jest to jedyna chyba płyta z muzyką dla dzieci, której dałam radę słuchać codzienie przez miesiąc. Wspaniała muzyka, nieco archaiczne, lecz pisane piękną polszczyzną teksty i ten głos Mieczysława Fogga. Ech, takich piosenek dla dzieci po prostu już się nie pisze.
Jasio poznał dzięki nim wiele nowych słów i znowu przez jakiś czas zaczął mówić z tylnojęzykowym Ł niczym dawni kresowi artyści.
Chętnie wkleiłabym tu choć jeden utwór, ale ponieważ to nielegalne odsyłam do  strony jaką udało mi się znaleźć, na której można posłuchać chociaż fragmentów. Rekomendujemy zwłaszcza utwory numer: 2, 4 i 8.


wtorek, 13 września 2011

Grzybomania

Jan przeżywa różnorodne fascynacje. Grzybomania zaczęła się dwa lata temu, po wyprawach na grzyby z dziadkami i po tym jak dostał prawdziwy kozik. Pasja odnawia się rokrocznie na jesieni i bierze się chyba z atmosfery poszukiwania panującej w na grzybobraniu, z możliwości popisywania się wiedzą na temat gatunków grzybów ,,Mamo nie mów kurka, mów pieprznik jadalny!'', oraz gadżetami takimi jak wyżej wspomniany kozik, czy atlas grzybów. Sama zresztą wychowywałam się w lesie (no prawie) i pamiętam swoje wyprawy do lasu. Mój pierwszy świadomie zebrany grzyb to był piękny koźlarz czerwony. Zawsze chodziłam po lesie i nawoływałam grzyby przymilnym głosem niczym płochliwe zwierzątka, wierzyłam, że dzięki tej personifikacji grzybów łatwiej będzie je zagonic do koszyka. Nie ma nic piękniejszego niż słońce przedzierające się przez korony drzew, miękki mech i zapach grzybów oraz satysfakcja ze znalezienia pięknego prawdziwka!  
Jesień się rozpoczyna, grzybów podobno jeszcze nie ma, ale przygotowania Jasia trwają. Kozik odkurzony, kosz gotowy, w odsłuchu piosenka ,,Grzybki i strach'' w wykonaniu Mieczysława Fogga (już wkrótce napiszę o płycie, z której pochodzi utwór), a w ostatnią niedzielę wybraliśmy się do sanepidu  na wystawę grzybów. Przemiła Pani oprowadziła nas po wystawie i pokazała jak odróżniać grzyby jadalne od trujących. Można się zniechęcić do zbierania po mrożących krew w żyłach opowieściach ze sromotnikiem w tle, dlatego tak ważne jest by zbierać tylko ,,pewne'' grzyby, w razie wątpliwości lepiej grzyb zostawić w lesie. To samo dotyczy kupowania grzybów, na każdy gatunek powinniśmy żądać od sprzedawcy atestu.
Jasio już nie może doczekać się pierwszej w tym roku wyprawy do lasu na grzyby i mam tylko nadzieję, że jego dziecięca fascynacja nie przekształci się w przyszłości w fascynację gatunkami grzybków o specyficznych właściwościach. Ech! Bo jak to mówią małe dziecko mały problem, duże dziecko...
kozik w użyciu
klasyfikacja porównawcza
krótka prelekcja z prezentacją

Oto co przykuło Jaisa uwagę w Muzeum Mazowieckim w Płocku, hmmm....
Pouczająca wystawa w sanepidzie na Żelaznej 79 (wystawa potrwa do 17 września)

niedziela, 11 września 2011

Płock na koniec lata.

Korzystając z ostatnich w tym roku tchnień lata oraz z tego, że chcąc nie chcąc, wstaliśmy wczesnym rankiem* odwiedziliśmy w sobotę Płock. Pretekstem był Paszport Województwa Mazowieckiego, który dostaliśmy tydzień temu w jednym z warszawskich muzeów. W paszporcie opisanych jest kilkadziesiąt atrakcji turystycznych Mazowsza. Zabawa polegająca na zbieraniu pieczątek w wymienionych w paszporcie miejscach trwa tylko do końca października. Pewnie nie uda nam się zdobyć wymaganej liczby pieczątek, ale zawsze możemy sięgnąć do niego po inspirację na krótki weekendowy wypadu. O większości miejsc po prostu nie słyszeliśmy, a z pewnością warte są zwiedzenia.
Wracając do Płocka...Miasto jest urocze i pięknie położone. Wizytę zaczęliśmy od Muzeum Mazowieckiego z olbrzymią i bardzo interesująca kolekcją sztuki secesyjnej. Dzieci najbardziej zainteresowało odtworzone wnętrze mieszkania mieszczańskiego z przelomu XIX i XX, był tam nawet pokój dziecięcy z oryginalnymi zabawkami z epoki. W drugiej części muzeum znajduje się ekspozycja o historii Płocka. Muzeum jest nowe, ekspozycja nowoczesna i ciekawa, brakowało mi jednak ,,ścieżki dla dzieci'', denerwowały informacje typu ,,prosimy nie dotykać eksponatów'' i rekacje obsługi ciekawskie dzieci...myślałam, że muzea odchodzą od stylu ,,kapciowego'' na rzecz bardziej interaktywnego, ale jak widać trzeba dać im trochę więcej czasu. W każdym razie polecam muzeum zwłaszcza starszakom.
Jasiowi zaparło dech w piersiach na widok makiety Płocka zajmującej pół piętra.
Marii zdecydowanie bardziej podobała sie secesja, w dziale historii ułaskawił ją dopiero teatrzyk cieni i kino. Co prawda repertuar nie w jej guście, ale za to jak fajnie rozkładały sie krzesełka!  
Po zjedzeniu pysznego obiadu w jednej z licznych płockich restauracji (co nas zdziwiło bo jeżdząc po Polsce wiemy, że w mniejszych miastach trudno o restaurację serwującą coś innego niż pizza lub kebab) udaliśmy się na spacer wzdłuż Wisły w stronę płockiego zoo.
ciężkie życie płockiego Papy Smerfa

nad Wisłą
Zoo jest niewielkie, ale klimatyczne. Zwiedzających było mało, zwierzęta wygrzewały sie na słońcu, a nasze dzieci świetnie się bawiły aż do samego zamknięcia.



Polecamy wszystkim Płock! Nam już nie kojarzy się z rafinerią, bo przekonaliśmy się, że to piękne i ciekawe miasto!



* Jaś na własną prośbę został nauczony obsługi ekspresu, zaprezentował nam swoje nowo zdobyte umiejętności w sobotę o 6:40 podając nam kawe do łóżka.

środa, 7 września 2011

Fanfary!!!

Zwycięzcami konkursu zostały...ram pam pam!
Zrobie trochę napięcia niczym Krzysztof Ibisz król teleturniejów...
Niezmiernie cieszę się, że mogę ogłosić nazwiska zwycięzców w konkursie organizowanym przez firmę Tetra Pak w ramach akcji Karton zamiast konserwantów. Kosze powędrują do dwóch osób! A są nimi:

Grażyna Kacprzak
Oto skład zwycięskiego koszyka:
żywność:
- kabaczek do upieczenia na grill-u
- kiełbasa wiejska, wędzona na grill-a
- pomidory (gałązka)
- rzodkiewki
- jajka (klasa „0”) ugotowane na twardo
- serek wiejski bez konserwantów
- szczypiorek (do jajek i serka wiejskiego)
- chleb żytni na naturalnym zakwasie
- nektarynki
napoje:
- sok w butelce - malina z żurawiną bez konserwantów
- maślanka
- w termosie - herbata czarna (parzona sypana)
przetwory w słoikach (produkcja własna) :
- jabłka duszone
- sok jagodowy

Anna Grzebielucha


















Mój skromny studecki koszyczek składa się z gotowanej kukurydzy, ciemnego chleba z orzechami posmarowanego pastą jajeczna oraz jajek i pomidora. Na deser przewidziałam świeżego ananasa wraz ze zdrowymi sokami bez konserwantów. 
Niestety jak przystało na biednego studenta, nie stać mnie na wymarzony piknikowy koszyk.

No to moja droga teraz będziesz biedną studentką z koszem piknikowym:-) 

Chciałam Wam bardzo podziękować za udział w konkursie w imieniu swoim oraz organizatorów akcji Karton zamiast konserwantów. Wszystkie zgłoszenia były bardzo ciekawe, a przedstawiciele firmy Tetra Pak mieli twardy orzech do zgryzienia, dlatego właśnie postanowili nagrodzić aż dwie osoby!




Gratuluję i życzę zwycięzcom piknikowej pogody we wrześniu, żeby mieli okazję wypróbować swoją nagrodę!




poniedziałek, 5 września 2011

Ekstremalna baletnica

Maria marzy o balecie. Chciałaby nauczyć się tańczyć, odkąd dostała książeczkę z serii Mądra Mysz ,,Zuzia uczy się tańczyć''. Znając swoją córkę zastanawiam sie tylko, czy dziecko które:
  1. w ten sposób zapoznaje się ze sztuką współczesną
2. ostentacyjnie ignoruje istnienie placów zabaw dla dzieci do lat 4
3. nie odpuszcza żadnej okazji do wdrapywania się


5.  w ten sposób słucha/ogląda bajki
6. tak oto wita ojca powracającego z pracy

7. wie już do czego służy trzepak

więc zastanawiam się czy takiemu dziecku wystarczą zajęcia baletu? A może wiecie czy jakaś grupa parkour'owa ma zajęcia dla trzylatków?

P.S.
Oświadczam, że podczas robienia zdjęć żadne dziecko, ani zabytek nie uległ uszkodzeniu oraz, że do żadnego zdjęcia nie podsadzaliśmy Marii.

piątek, 2 września 2011

Czy to naprawdę już wrzesień?

Mam chyba syndrom drogowców: ich co roku będzie zaskakiwać śnieg, a mnie co roku będzie zaskakiwać koniec wakacji...koniec prowizorki i improwizacji, czas spillingować opaleniznę i wrócić do życia dyktowanego szkolnym rytmem.

Rok szkolny się zaczął. Powrót do rzeczywistości okazał się bolesny. Dzieci rozbestwione wakacyjnym szlaeństwem ani myślą kłaść się spać z kurami. Poranne podbudki są więc utrudnione, poważnie rozważam możliwość ubierania dzieci do szkoły wieczorem przed pójściem spać. Przynajmniej jeden obowiązek mniej w tak krótki poranek:-) Ale to dopiero początek- liczę, że będzie coraz lepiej.
Maria zniechęcona adaptacją przedszkolną: ,,Mamo, a czemu ty ze mną chodzisz do przedszkola?'' pierwszego dnia przeżyła mały kryzys. Oznajmiła, że ona do żłobka to może i pójdzie, ale do przedszkola to na pewno nie. Wobec naszej niezłomnje postawy nastąpiła kapitulacja. Po wytarciu gila pomaszerowała do przedszkola. Nie wspomnę, że do domu wracała już z pieśnią na ustach, której to dopiero się nauczyła. Na uporczywe pytania typu ,,A jak było w przedszkolu?'' odpowiadała ,,Płakałam troszkę'', nastepnie po efektownej pauzie dodawała ,,żartowaaaałaaaam!''. O Jasiu nie piszę, bo mimo iż twierdzi, że na widok szkoły ma gęsią skórkę i boi się schodzić sam do sztani, bo tam jest ciemno, to na dobrą sprawę jest to już ,,stary wyjadacz'', który trochę rywalizuje z siostrą o zainteresowanie rodziców.
Ja też jestem już ,,starym wyjadaczem''. Na zebraniu w przedszkolu z lekkim uśmieszkiem wysłuchiwałam pytań rodziców typu: a co jeśli dzecko nie będzie leżakować?, a co jeśli nie umie samo jeść?, czy ktoś będzie pomagał w zapinaniu guzików?, czy ktoś wytrze pupkę?. Ech te dylematy przy pierwszym dziecku. Rozumiem, bo ja też tak miałam, teraz jednak zachowuję spokój i opanowanie godne buddyjskiego mnicha. Doświadczenie podpowiada, że w przedszkolu dzieci jak jeden mąż śpią, jedzą i szybko nabierają nowych umiejętności typu ,,wycieranie dupki'' nawet jeśli w domu tego same nie robiły. Zamartwiamy się na zapas, podczas gdy dzieci przechodzą adaptację lepiej niż my sami. Najtrudniejsze w tym wszystkim to zdać sobie sprawę, że nasz maluch może być już samodzielny i że są osoby, które się nim zaopiekują i pomogą. Także powtarzajmy jak mantrę ,,moje dziecko jest mądrzejsze ode mnie, mądrzejsze ode mnie...''

Przypominam o konkursie, w którym można wygrać wspaniały kosz piknikowy!!! Zgłoszenia możecie przysyłać do 4 września!!!!! Szczegóły dwa posty niżej.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Natura szperacza

Mam naturę szperacza. Podobno u kobiet to ewolucyjnie uwarunkowane. Podczas gdy mężczyźni polowali, my poszukiwałyśmy czegoś co będzie można zjeść, gdy polowanie sie nie uda: korzonków, owoców, liści. Tak sobie tłumaczę swoje zamiłowanie i z nim nie walczę:-) Ku przestrodze oglądam tylko ten program:-)
Lubię targi staroci, lumpeksy, wymiany ciuchów i wyprzedaże garażowe. Z czasem robię się coraz bardziej wybredna, ale upolowanie czegoś fajnego wciąż sprawia mi ogromną satysfakcję, niezależnie czy będzie to piękny talerz, wełniany płaszcz dla Marii czy książki dla mojego domorosłego fana Star Wars za całe 5 zł.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Fanfary!!! Konkurs!

Odkąd mam dzieci, zaczęłam większą uwagę zwracać na to co jem. Studencka era zupek w proszku i pasztetów z dużą zawartością kurzych skórek minęła bezpowrotnie. W ciągu ostatnich kilku lat dzięki studiowaniu etykiet rozszyfrowuję zawartość codziennych posiłków. Osobiście uważam, że na niektórych produktach jak na papierosach powinny być umieszczane widoczne ostrzeżenia typu ,,jesz na własną odpowiedzialność'', ,,spożycie ryzykujesz chorobą'', albo ,,nasze smaki i aromaty zawdzięczamy chemii''. Dzieciom też powoli wbijam do głowy zasady zdrowego odżywania. Jasio z dumą stwierdza, że na stołówce szkolnej jako jedyny wybiera ,,czarną bułeczkę'':-) A Maria, żeby mi zrobić przyjemność pałaszując słodycze krzywi się i stwierdza ,,ale duzzo cukru!''. Jestem gorącą zwolenniczką akcji typu Zdrowy Przedszkolak, bo jak dowodzą najnowsze badania jakość tego co jemy decyduje o naszym zdrowiu. W końcu składamy się z tego co zjemy.
Dlatego drodzy czytelnicy dołączyłam się do akcji firmy Tetra Pak Karton zamiast konserwantów.

Celem akcji jest promowanie produktów bez konserwantów, co mi się bardzo podoba. Na stronie dowiecie się jak to się dzieje, że w produktach pakowanych w kartony nie ma konserwantów, a jeśli interesują was tajemnicze E w składach produktów żywnościowych polecam przeczytać ten artykuł. Najlepiej listę wydrukować i zabrać na najbliższe zakupy, by zweryfikować zawartość swojego koszyka. W ramach akcji zostałam poproszona o ogłoszenie konkursu na łamach mojego bloga, co też z przyjemnością czynię.

Konkurs ,,Zestaw piknikowy bez konserwantów''

Zadanie konkursowe polega na stworzeniu swojego własnego piknikowego zestawu produktów bez konserwantów. Chętnych proszę o przesłanie opisu i zdjęcia takiego kosza, którego zawartość ogranicza się do produktów bez konserwantów i jednocześnie jest to kosz, który chętnie zabralibyśmy na wycieczkę za miasto. Na zwycięzcę – pomysłodawcę najbardziej oryginalnego zestawu – czeka wspaniała nagroda stylowy kosz piknikowy wypełniony sokami-oczywiście bez konserwantów.


Propozycje zestawów wysyłacie do mnie mailem na adres mcdzia@tlen.pl do 4 września.
Ja przesyłam wszystkie zgłoszenia do przedstawicieli firmy Tetra Pak, którzy wyłonią zwycięzcę.
Wyniki zostaną ogłoszone na miom blogu 7 września.
Zapraszam do zabawy!









piątek, 19 sierpnia 2011

O Włoszech oraz dygresja o nagości.

Italia powitała nas raczej nieprzychylnie. Po uno: pierwsze zetknięcie z włoską kuchnią było porażką. Wysuszony kurczak i żeberka ,,niedoprzeżucia’’, że nie wspomnę o bajońskiej sumie jaką za tą wątpliwą ucztę zapłaciliśmy. Po due: pierwsza odwiedzona przez nas plaża, która była brudna, mega skomercjalizowana, z widokiem na hotele-wieżowce. Po tre: tajemnicze zniknięcie obudowy halogenu w samochodzie, która to została sprytnie odkręcona podczas postoju na parkingu-bez komentarza.
Na szczęście drugi dzień był o niebo lepszy.
Ale zacznijmy od początku. Właściwie to dlaczego Włochy są po polsku Włochami, a nie Italią? Teorie znalazłam dwie. Oto pierwsza, druga wysnuta przez mojego Tatę głosi, że dworzanie Bony Sforzy byli tak owłosieni, że nie dało się ich nazwać inaczej :-)
Z dziećmi zawarliśmy pakt obustronnej współpracy. Dwa dni moczenia się w morzu za jeden dzień zwiedzania. Zaczęliśmy od morza. Zniechęceni miejską plażą w kurorcie, z mapą w ręku ruszyliśmy w bardziej ustronne miejsce. Trudno o takie na włoskim wybrzeżu, zwłaszcza w jego północnej części. Zaparkowaliśmy na skraju miejscowości Eraclea Mare i udaliśmy się w kierunku przeciwnym niż tłum turystów. Podążaliśmy za grupką lokalsów, którzy przeszli przez dziurę w płocie i kroczyli ścieżyną między wybrzeżem a polem fasolki. Po godzinie marszu w upale ujrzeliśmy plażę. Pustą, dziką, piękną i dla naturystów. Oczywiście zostaliśmy. Jasio rzucił się w stronę morzą, gdyż podczas marszu zdążył już założyć na siebie niezbędny ekwipunek w postaci okularów, rurki i płetw. W drodze zapytał tylko czemu wszyscy wokół chodzą bez majtek i w pełni usatysfakcjonowała go odpowiedź, że to po prostu plaża dla golasów. Temat się już nie pojawił. Może wyda Wam się dyskusyjne, co napiszę, ale powoli staję się fanką* plaż dla naturystów (na które natrafiliśmy też w zeszłym roku na Litwie) bo:
1. są położone na uboczu i panuje tam zdecydowanie mniejszy tłok
2. można się na nich pozbyć wszelkich kompleksów
3. dzieci mają okazję zapoznać się z widokiem prawdziwego nagiego ludzkiego ciała, jakiego nie uświadczą w świecie współczesnych mediów, gdzie wszyscy są wyprasowani, wyszczupleni i podkolorowani w PhotoShopie, po prostu NIEREALNI. Wcale nie uważam, że taka plaża jest dla dzieci obrazoburcza, czy szkodliwa, widzę w niej wręcz edukacyjny potencjał. Denerwuję się, gdy czytam w gazecie o matkach skarżących się, że na basenach pod prysznicami starsze kobiety rozbierają się do naga narażając tym samym dzieci na nieestetyczny widok. No proszę Was! W świecie, gdzie na co drugim bilbordzie świeci goły cycek lub d... robi się z nagości tabu?! Na całe szczęście nasze dzieci są o wiele mądrzejsze od nas i całkiem naturalnie podchodzą do spraw nagości.
Ale o czy to miało być? A, o Italii! Oprócz moczenia się w morzu i odwiedzinach w dwóch aquaparkach udało nam się zwiedzić Wenecję, Padwę i Vicenzę. Wenecja oczywiście jest zatłoczona i zaniedbana, ale wrażenie wciąż robi niesamowite. Warto było zerwać się wcześnie z łóżek, by dotrzeć na miejsce z samego rana. Poruszaliśmy się pieszo po labiryncie wąskich uliczek i chłonęliśmy atmosferę tego miasta. Po krótkim postoju na Placu Świętego Marka i zwiedzeniu Bazyliki ruszyliśmy- raz jeszcze kierując się zasadą ,,idź w przeciwnym kierunku niż tłum’’. Dzięki tej metodzie dotarliśmy do wielu pięknych zaułków, zwiedziliśmy kilka ciekawych wystaw w kościołach przerobionych na galerie (wielką instalację wykonaną z pisanek wielkanocnych, wystawę poświęconą produkcji instrumentów smyczkowych w Wenecji, zrekonstruowane machiny wg. projektów Leonarda Da Vinci). Oprócz tego zjedliśmy kilkanaście gałek lodów oraz wypiliśmy kilka kaw, które były alibi dla skorzystania z toalet w lokalach gastronomicznych, których w Wenecji nie brakuje, czego nie można powiedzieć o toaletach publicznych.
Starówka Vicenzy i Teatro Olimpio nawet na dzieciach zrobiły wrażenie. W Padwie odwiedziliśmy kilka kościołów, w tym Bazylikę św. Antoniego, oraz dla mnie najważniejszą Kaplicę Scrovegnich z cudownymi freskami Giotta.
Nie oszukujmy się, dzieci nie były zachwycone zwiedzaniem. Wolałyby w taki upał siedzieć na plaży i pluskać się w wodzie, jednak dzielnie znosiły wojaże. Z łatwością przestawiły się na włoski styl życia, czyli popołudniową sjestę i późne obiadokolacje-codziennie pałaszowały pizzę. Kompromis sprawił, że każdy wrócił z wakacji zadowolony i pełen wrażeń. Włochy dopiero nadgryzliśmy i na pewno jeszcze tam wrócimy po więcej.

 cykada w Wenecji

                                                                     z Wenecją w tle
                                                                      Lody niebo w gębie!
Morze!!!!
Włóczykije
Blondyni w kabriolecie

Meduza
                                                                  Pląsy w Padwie
                            Z serii Polak potrafi czyli: Nietypowe wykorzystanie sztuki współczesnej


* prawdziwi naturyści byli chyba mniej zachwyceni naszą obecnością, gdyż nie poddaliśmy się wszystkim regułom panującym na tej plaży;-P pozostając jedynie półnaturystami.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Podziękowania

Dziękuję Jo, Czyżykowi, Gosi i Linum za nominację do nagrody One Lovely Blog Award. Niestety z powodu wyjazdu, różnych domowych zaległości i chwilowego braku dostępu do internetu nie wzięłam udzialu w zabawie. Może w przyszłym roku? Trochę przeraziło mnie zadanie polegające na napisaniu o sobie siedmiu rzeczy...hmmm Za to z wybraniem 16 blogów nie miałabym problemu. Zresztą postaram sie o swoich ulubionych kiedys napisać.
W każdym razie jeszcze raz dziękuje za nominacje i składam deklarację, że jutro będzie wpis o naszym wyjeździe, a w poniedziałek wszystkich czytelników czeka NIESPODZIANKA!

piątek, 5 sierpnia 2011

Przerwa techniczna

Co się u mnie dzieje spytacie? Dzieci nie ma, w domu porządek i zadziwiająca cisza, z pracy człowiek nie pędzi na łep, na szyję do domu...
Tymczasem od kilku dni trwa operacja pakowanie. Oprócz tego sprzątam, wiadomo bowiem, że nie ma nic przyjemniejszego niż wrócić po urlopie do wysprzątanego mieszkania:-)
Niedługo stanę sie specjalistką w dziedzinie pakowania rodziny na wczasy połączonego z równoczesną konserwacją powierzchni płaskich.
Do zobaczenia za tydzień!



czwartek, 28 lipca 2011

Przygoda na Mokotowie

Mam teraz w domu trójkę dzieci. Do mojej dwójki dołączyła kuzynka Patrycja. Oboje z Jasiem korzystają z atrakcji ,,Lata w mieście'' na Mokotowie. Maria jutro ostatni dzień pójdzie do żłobka..jak to zleciało. Tylko mi się w oku łezka kręci, Maria jest dumna jak paw z tego, że jest już duża i pójdzie do przedszkola oraz założy nowe różowe kapcie w kwiatki, które chomikuję w szafie.
Dzięki naszym losowankom codziennie mamy inną atrakcję i naprawdę czekam z utęsknieniem na przyszły tydzień, kiedy to dzieci 180 kilometrów dalej będą hasać po wielkoposkich polach, podczas gdy ja: i tu następuje długa lista rzeczy które zamierzam zrobić...
Nogi bolą i oczy swędzą z niedospania, bo domowe obowiązki przekładam na porę nocną, ale warto było zdecydować się na ten wysiłek bo dzięki niemu:
1. Mieliśmy okazję zaobserwować prawdziwą przyrodniczą gratkę: pogoń kota za szczurem ,na ulicy Melsztyńskiej,
2. Jedliśmy pyszne, soczyste śliwki rosnące wzdłuż ulicy Wiśniowej,
3. Pogłaskaliśmy pięknego Persa, który uciął sobie drzemkę na masce naszego auta,
4. Uciekając przed krwiożerczym dinozaurem skryliśmy się w najprawdziwszej jaskini znajdującej się we wspaniałym Muzeum Geologicznym, które będziemy teraz polecać każdemu.






W muzeum jest bardzo dużo ciekawych eksponatów. My spędziliśmy w nim półtorej godziny i dzieciaki ociągały się z wyjściem. Byliśmy jedynymi zwiedzającymi. Przemiły Pan ochroniarz udzielił nam wskazówek jak zwiedzać ekspozycję i polecił lekcje muzealne dla szkół, które odbywają się tam w roku szkolnym. Kto by pomyślał, że mamy w Warszawie jeszcze jedno fajowe muzeum!

wtorek, 19 lipca 2011

Wakacyjne losowanka

Wakacje trwają w najlepsze, a moje dzieci cały czas uczęszczają do żłobka/szkoły. Jasio raczej niechętnie. Mimo wielu atrakcji w ramach akcji ,,lato w mieście'' szkoła pozostaje szkołą, stawanie rannym świtem jest udręką, a o wcześniejszym położeniu się do łóżka nie ma mowy, bo przecież ,,są wakacje''. Marysia jest za to zadwolona i codziennie utwierdza nas w przekonaniu, że ,,kocha ciocie, a ciocie kochają Marysię''.
By wynagrodzić Jasiowi konieczność spędzania połowy wakacji w, bądź co bądź- szkole postanowiłam  zastosować system motywacyjny: wakacyjną losowankę. Przygotowałam losy-chorągiewki, na których wypisałam rozmaite atrakcje. Dzieci codziennie losują jeden los, który decyduje co będziemy robić dnia następnego. I tak: dziś byliśmy na wycieczce rowerowej, a jutro czeka nas kąpiel w fontannach. Wśród propozycji są również: basen, kino, wizyta w McDonaldzie (a co?!), odwiedziny w muzeum, park linowy, wycieczka na ulubiony plac zabaw, pieczenie pizzy, wizyta w fotoplastikonie, spotkania z UFO. Ufff...będzie po czym odpoczywać na urlopie.




czwartek, 14 lipca 2011

Jak zrobić własny wulkan.

Coraz trudniej zaimponować współczesnym dzieciom, zainteresować ich czymś na dłużej.  Świat bombarduje ich bodźcami ze wszystkich stron. Nudzą się po pięciu minutach, bawią się kilkoma zabawkami naraz, na dłużej wysiedzą tylko przed telewizorem albo komputerem, kino musi być 3D, albo 5D bo inaczej jest nudne.
Przez ostatni tydzień spędzony w domu stawałam na głowie, żeby telewizyjny potwór nie zawładnął moja dwójką na dobre. Pogoda nie była spacerowa, ale mimo wszystko spacerowalismy w deszczu, a gdy dla odmiany słońce dało nam w kość zajęliśmy sie tworzeniem wulkanu. Kto oglądał amerykańskie seriale familijne typu Bill Cosby Show, albo Pełna Chata być może pamięta odcinek, gdy jedna z nastoetnich pociech musi zrobić zadanie domowe polegające na ulepieniu wulkanu. Ja pamiętam i zawsze chciałam go zrobić.
Plastikową butelkę obłożyliśmy zgniecionymi gazetami, tak aby nie zakrywać otworu.
Powstałą konstrukcję oblepiliśmy rozwałkowaną masa solną.


Po upieczeniu w piekarniku (pół godziny w 100 stopniach Celsjusza) i ostudzeniu oraz krótkim spięciu spowodowanym rozbieżnymi zdaniami twórców w kwestii kolorystyki (różowy kontra czarny) pomalowaliśmy wulkan plakatówkami.

Do szkalnki nalałam octu i kilka kropel czerwonego barwnika spożywczego. Ufarbowany ocet wlałam do butelki stanowiącej-podstawę wulkanu. Wybraliśmy odpowiednie- najbardziej eksponowane miejsce na podwórku....zapaliliśmy sztuczne ognie oraz wsypaliśmy do octu opakowanie sody oczyszczonej.

Wulkan wybuchł!