czwartek, 26 kwietnia 2012

Aaa aaa aaa kotki dwaa

Marysiu musimy poważnie porozmawiać. Jesteś już duża (co podkreślasz na każdym kroku) powinnaś w końcu sama przesypiać całą noc. Jak myślisz co zrobić w nocy jak się obudzisz i nie możesz zasnąć? No, a oprócz przychodzenia do mamusi i tatusia? Zastanów się. Tak, można się przytulic do misia, albo zamknąć oczy, przykryć się kołderką i pomyśleć sobie że leżysz na łące, słonko świeci...nie, nie, nie Marysiu nie wstawać, tylko zasnąć. Zasnąć we własnym łóżeczku, obudzić się rano. Nie ma powodu do płaczu, przecież my śpimy w pokoju obok, drzwi są otwarte, Jasio śpi w tym samym pokoju co Ty. Trzeba się wysypiać, żeby mieć siłę. Rodzice też się muszą wyspać, nie możesz nas budzić pięć razy w nocy, bo się będziemy denerwować...Obiecujesz? Będziesz spać w swoim łóżku? Z misiem? I świnka Peppą?


no i tym razem Marysia nie przyszła do nas w nocy...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Międzynarodowy Dzień Książki

Dziś świetna okazja, żeby podzielić się z Wami naszymi ulubionymi lekturami.

Seria ,,Poczytaj mi mamo'' Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Któż nie pamięta tych małych książeczek z bajką na ,,jeden raz''? Czym się różniły od współczesnych książek dla dzieci? Były świetnie napisane (znani autorzy) i pięknie zilustrowane (wspaniali ilustratorzy), za to skromnie wydane w czasach reglamentacji papieru i miękkich okładek. Współczesne wydanie rekompensuje ich jedyną wadę. Cieszę się, że moje dzieci chętnie słuchały tych bajek. Ja czytając je wracałam do dzieciństwa, a one być może będą do nich wracać za kilkadziesiąt lat. Książki są w twardej oprawie, na kredowym papierze, więc może dotrwają do czasów wnucząt.

Płakaliśmy ze śmiechu czytając Snoopiego!  No może prócz Marysi, która nie za bardzo czai ten dowcip. Zabraliśmy tę książkę na ferie i żeby starczyła na cały wyjazd dawkowaliśmy sobie po kilka stron dziennie. Uważam, że to wspaniała lektura, pisana z poczuciem humoru, które mi bardzo odpowiada  i które zamierzam przekazać swoim dzieciom. Tłumacząc Jasiowi zawiłość niektórych żartów ubawiłam się świetnie. Nie bez znaczenia jest fakt, że nowe tłumaczenie zrobił Michał Rusinek.



Svena Nordqvista kochamy prawie tak bardzo jak Astrid Lindgren. Przygody Findusa i Pettsona wprost uwielbiamy. Sven Nordqvist nie tylko pisze, ale również ilustruje i to jak! Można te książki oglądać w kółko i za każdym razem odkryjemy coś nowego. Zachwyciła nas zwłaszcza ,,Gdzie jest moja siostra'' z surrealistycznymi ilustracjami pełnymi zadziwiających szczegółów.



Może wyjdę na samoluba, ale ponieważ uwielbiam opowiadania Etgara Kereta od razu zainteresowałam się książką, którą napisał dla dzieci: ,,Tata ucieka z cyrkiem''. Nie zawiodłam się, od razu da się wyczuć jego przewrotne poczucie humoru. Całości dopełniają bajecznie kolorowe ilustracje Rutu Modan. To książka o tym, że czasem dzieci są bardziej poważne niż ich rodzice i że warto realizować swoje marzenia, nawet jak się ma dzieci! Ech ten tata...zresztą przeczytajcie sami.


Nusia jest outsiderem, na dodatek ma bujną wyobraźnię - dlatego mamy do niej wielką słabość. Każda wypożyczona przez nas książka o Nusi jest czytana przynajmniej trzy razy, bo Nusia to naprawdę świetna dziewczyna! Zachwyca mnie to, że dzieci rozumieją te historyjki lepiej niż dorośli, co jest tylko dowodem na to, jak świetnym obserwatorem jest autorka i zarazem ilustratorka tych opowieści: Pija Lindenbaum.

A na pożegnanie bojowe zawołanie: Czyt, Czyt, Czytaj!!!!


niedziela, 22 kwietnia 2012

Ciąg dalszy nastąpił

Tegoroczny Światowy Dzień Ziemi powitaliśmy jako dzierżawcy 270 metrów kwadratowych warszawskiej ziemi. Uściślając jest to ogródek działkowy, który od 10 lat stał odłogiem. Jako nowi dzierżawcy mamy wielkie plany. Pierwszego dnia zaopatrzeni w łopaty, amerykańskie widły, grabie oraz duży zapał ruszyliśmy na działkę. Przywitała nas woda po kostki i chaszcze, które przejęły władzę na naszym terenie przez kilka lat bezkrólewia. Po kilku godzinach karczowania zmęczeni wróciliśmy do domu. Praca na roli to nie jest ,,bułka z masłem''. Ale nie poddamy się, mamy zamiar jeszcze w te wakacje leżąc na kocyku podziwiać latające po niebie szybowce, zaprzyjaźnić się z sójką, która nam się ciekawie przyglądała i przede wszystkim zapoczątkować eksperymentalną, całkowicie amatorską hodowlę warzyw. O naszych postępach będę na bieżąco informować. Póki co wygląda to tak:

sobota, 21 kwietnia 2012

Któż to taki?

Czy to nietoperz? Nie!
A może motyl? Nie!
To autoportret Marysi ,,w bluzce z bardzo długimi rękawkami''.


środa, 18 kwietnia 2012

Dobra w te klocki...

Moja siostra zdradziła mojemu synowi, że jako dziecko byłam dobra w budowaniu z Lego. No i zaczęło się...,,Mamoooo zbuduj nam coś''. Tak więc większość weekendu spędziłam na budowaniu z dziećmi miasta z klocków. Taki mały powrót do dzieciństwa, wzmocniony tym że klocki dokładnie te same co dwadzieścia kilka lat temu:-)




poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bomba węglowodanowa

- Mamusiu zrób mi kanapkę.
- A z czym? Mam: serek, szynkę, dżem, pomidora...
- Z kluskami!


Ciekawe co na to dietetyk?

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kalkografia lekiem na deszczową pogodę.

Pogoda na razie nie sprzyja łopacie. Na ciąg dalszy trzeba więc będzie poczekać. 
Póki co organizujemy sobie czas inaczej. Dzisiaj powstała kalkografia. Potrzebne są materiały o różnej fakturze: ścinki tkanin, piórka, sznurki, folia bąbelkowa, folia aluminiowa oraz nożyczki, klej i przede wszystkim kalka maszynowa (czarna lub fioletowa). 
Pierwszy etap to stworzenie kolażu z różnych materiałów.
Gotowy kolaż warto nie tylko oglądać, ale też dotykać z zamkniętymi oczami, badając w ten sposób różne faktury.
Kolaż Marysi pt. Statek

wałkowanie-odbijanie

Teraz najtrudniejsze. Bierzemy kartkę białego papieru -większą niż nasz kolaż-matryca. Na środku nakładamy arkusz kalki maszynowej stroną barwiącą do kartki. Na kalkę kładziemy kolaż-matrycę wzorem do kalki. Bierzemy wałek i dokładnie wałkujemy matrycę, tak by wszystkie faktury odcisnęły się przez kalkę. Można zamiast wałka użyć żelazka, trzeba uważać żeby nie przesadzić z temperaturą. Tusz z kalki spływa pod wpływem gorąca i obraz może się rozmazać.

Maria z odbitką swojego kolażu.




sobota, 7 kwietnia 2012

Świąteczne życzenia

Moi drodzy! Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych życzę Wam przede wszystkim żebyście rozglądali się dookoła, podglądali Wasze Mamy, Babcie, Ciotki i zapamiętywali najpiękniejsze zwyczaje i tradycje, kultywowali je i przekazywali dalej. A jeśli nie macie od kogo czerapać, twórzcie włane zwyczaje, najlepiej takie w których będzie uczestniczyć cała rodzina.
Życzę Wam odpoczynku, ale nie takiego przed telewizorem tylko spędzonego wspólnie - na rozmowach, śmiechu. Spędzcie te  świ eta kreatywnie, mimo przeciwności w potaci pogody, zastawionego stołu i zmęczenia.
Buziaki!


środa, 4 kwietnia 2012

Barrrran maślany

W Boguszyńcu co roku na Wielkanoc był baranek z masła. Ciocia miała specjalną drewnianą foremkę, którą moczyła w słonej wodzie. Potem nakładało się w nią masła i wkładało do lodówki. Po kilku godzinach można już było wyjmować pięknego maślanego baranka. Jeszcze tylko oczka z ziarenek pieprzu, trochę zieleniny do ozdoby i gotowe. Zakupiłam więc w cepelii drewniana formę do baranków, ale mi nie wychodziły. Pewnie masło nie takie, albo forma z Boguszyńca przez całe dziesięciolecia używania stała się po prostu idealna. Ale tradycja tradycją i baranek musi być! Postanowiłyśmy więc z Marysią ulepić baranka ręcznie. Zabawiłyśmy się w rzeźbiarki, a że mamy wprawę w lepieniu ceramiki, to chyba nam się baranek udał...co myślicie? Będzie ozdobą na świątecznym stole. 


Najpierw podstawa z zimnego masła wycięta nożykiem, potem futro z wiórków maślanych robionych wyciskaczem do czosnku. Jeszcze tylko oczy i nozdrza z ziaren jałowca i rogi z maślanych ruloników. Gotowe!

sobota, 31 marca 2012

Idą święta.

Przygotowania do świąt idą pełną parą. Można by śmiało zaśpiewać ,,Zasiaaaaaali góraleeeee rzeeeeżuchęęęęę! Hej!''
Jasiowa podstawka na rzeżuchę, wykonana na zajęciach z ceramiki. 
Baran i Owieczka
A jeśli chcecie wiedzieć jak zrobić Prima Aprillisowe  jajko z galaretki zajrzyjcie koniecznie TU
(strona 17 świątecznego wydania)

wtorek, 27 marca 2012

Międzynarodowy Dzień Teatru

Lubię teatr. Nie jestem może wielkim koneserem, ale lubię atmosferę, kontakt z żywym aktorem i ten specyficzny rodzaj emocji. A ponieważ jak wiadomo rodzice podświadomie chcą by ich dzieci były takie jak one, a najlepiej lepsze przeszczepiam dzieciom miłość do teatru od lat najmłodszych. Żeby przeszczep się przyjął należy zachować ostrożność. Nie pchać się z niemowlęciem na spektakl dla dzieci od lat 3. Ufam opisom przedstawień i klasyfikacji wiekowej. Choć są oczywiście przedstawienie dla dzieci najmłodszych. Jeśli zabieramy trzylatka pierwszy raz do teatru przygotujmy go wcześniej. Po pierwsze trzeba wytłumaczyć, że w teatrze będzie ciemno, dla wielu dzieci to szok. Po drugie dziecko powinno być najedzone i wysikane, kto zna Piramidę Potrzeb Maslowa, ten wie o co chodzi :-) Po trzecie bądźmy w teatrze odpowiednio wcześniej, żeby się spokojnie rozebrać, obejrzeć cały teatr, skorzystać z toalety*. Jeśli dziecku nie spodoba się spektakl to nie siedźmy z nim na siłę, trzeba odpuścić i spróbować za jakiś czas. Dlatego na pierwszy spektakl radzę kupić bilety z boku, blisko wyjścia (w razie czego). Nie zalecam też miejsc w pierwszym rzędzie, dzieci mogą przestraszyć się głośnej muzyki, bliskości żywiołowych aktorów na scenie. Poza tym trzeba cały czas zadzierać głowę, żeby cokolwiek zobaczyć. Niestety widownie w teatrach dla dzieci nie przewidują, że dorośli będą zasłaniać dzieciom siedzącym za nimi. Często się zdarza, że moje dzieciaki klęczą na fotelach, albo wręcz stoją, żeby cokolwiek zobaczyć - krynoliny i garnitury więc odpadają ze względu na brak swobody ruchu. Ja nie pozwalam swoim dzieciom jeść w trakcie przedstawienia. Gdy Marysia była mniejsza miałam oczywiście coś do picia i nie hałasujące jedzenie przepakowane w nie szeleszczące opakowanie. Jasio już od dawna konsumuje jedynie w przerwie jak wytrawny widz teatralny. Na pierwszy raz wybierzmy spektakl spokojny i wesoły. Dzieci bardzo przeżywają to co się dzieje na scenie i histerią mogą zareagować na wilka, czy Babę Jagę, nawet jeśli na nas dorosłych nie robią żadnego wrażenia. Warto wytłumaczyć dzieciom wcześniej, że w teatrze występują kukiełki, czy lalki. Często w teatrach lalkowych można je obejrzeć wcześniej.
Oto kilka spektakli dla najmłodszych:
Teatranki w Instytucie Teatralnym w Warszawie-warto,
Teatr Małego Widza w Warszawie-słyszałam, że fajne.
Tygryski w Teatrze Lalka w Warszawie - byliśmy polecamy!
Jadąc z wycieczką do większego miasta sprawdzam, czy działają tam teatry dla dzieci i czy przypadkiem nie trafimy na spektakl. W ten sposób obejrzeliśmy spektakl Och, Emil we Wrocławskim Teatrze Lalek, Królową Śniegu w Teatrze Andersena w Lublinie, a teraz wybieramy się do Łodzi.
Chodzimy też na festiwale teatrów dla dzieci odbywające się w Warszawie, dzięki którym oglądamy najlepsze spektakle z całej Polski. Wczoraj byliśmy na pierwszym spektaklu w ramach Małych Warszawskich Spotkań Teatralnych. Spektakl Mikrokosmos Wrocławskiego Teatru Pantonimy oczarował mnie! Postanowiłam więc założyć zakładkę z naszymi recenzjami spektakli dla dzieci (jak tylko powróci mój administrator :-)
Im dzieci starsze tym większą frajdę mnie sprawiają wyprawy z nimi do teatru.  Sklep z zabawkami, Janosik. Naprawdę prawdziwa historia, Pippi Pończoszanka, czy Pinokio to spektakle które podobały się nie tylko Jasiowi, ale i mnie. Lubię gdy teatr traktuje młodego widza na poważnie i wszystkie elementy spektaklu są dopracowane, gra aktorska zawodowa, a scenografia wysmakowana.
Teraz czas na Marysię, w niej też zasieję teatralną miłość...tylko żeby mi aktorami nie pozostawali, no!

*korzystając ze sposobności gorąco apeluję do dyrekcji teatrów dla dzieci o dostosowanie łazienek do potrzeb i wzrostu swoich widzów.

środa, 21 marca 2012

Zimo a kysz!

Daaaawno nie pisałam. Taki mały blogowy kryzysik. Minął już na szczęście, sama nie wiem na moje, czy Wasze:-D
Ponieważ dziś Pierwszy Dzień Wiosny (który tak naprawdę był wczoraj) postanowiliśmy wezwać wiosnę, prastarym obyczajem pożegnać zimę i spędzić czas na powietrzu, a właściwie powietrzysku. Nasza Marzanna była nietypowa. Najpierw Marysia sportretowała ją kredą na chodniku, a potem obsypała ziarnem. Założenie nasze było następujące: wstrętną Marzannę-symbol zimy zjedzą ptaki. Rozdmuchał ją jednak wiatr, a ptaki pewnie i tak na tym skorzystają. Co prawda żaden nie odważył się przyfrunąć do nas - może ze względu na Marysię, która z pełnym zaangażowaniem i entuzjazmem je nawoływała.
grunt to głowa
zimo precz!
cip, cip, cip...

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wiosna tuż tuż. Kurtki zimowe schowane, buty wiosenne na przerośnięte stopy zakupione, matro nieczynne, co by rzesze warszawiaków mogły spacerować szybkim marszem między Placem Bankowym a Placem Defilad, mijając po drodze stojące w korku tramwaje...





wtorek, 28 lutego 2012

Retro w kuchni

Po pierwsze to upiekłam po raz kolejny raz w życiu biszkopt. Wyrósł bujnie, rumienił się pięknie, a ja podziwiałam go z zachwytem przez okienko piekarnika. Już myślałam, że biszkoptowa klątwa została ze mnie zdjęta, gdy nagle okazało się, że bikszopt tylko się ze mnie natrząsał. Gdy tylko wyłączyłam piekarnik (nie, nie otwierałam go!) zapadł się w sobie, zrobił wydech i osiadł nisko w tortownicy.
Po drugie syn w ramach Uniwersyteu Dzieci odwiedział Dom Spotkań z Historią i odbył lekcję na temat zwyczajów panujących w przedwojennej Warszawie. Z zajęć przyniósł pracę plastyczną i staroświecki przepis na ,,Leguminę wanilijową z jabłek''.
Po pierwsz dodać drugie powstała legumina. Jako, że spurchlały biszkopt nadawał się do wszystkiego tylko nie do przełożenia kremem, zaszczycił swoją obecnością leguminę.
Przepis nieco zmodyfikowaliśmy, w oryginale brzmiał tak (niestety nie znam źródła):
,,Wziąść mleka kwartę, włożyć do niego kawałek wanilji, skórki cytrynowej samej żółtej i zagotować, a potem wystudzić. Tymczasem 8 lub więcej jabłek obrać, pokrajać w kostki i udusić z masłem i cukrem, aby były miękkie, bułki nakrajać w kostkę i w głęboki tygiel fajansowy lub półmisek z rondem sypać warstwami jabłka z bułką, a na sam wierzch cienko ukrajanych grzaneczek ułożyć na środku gwiazdę dużą, a brzegami w ukos. Dopiero wziąść owo wystudzone mleko, wbić do niego 2 całych jaj i pięć żółtków, 6 łutów cukru, rozbic motewką dobrze i zalać zupełnie jabłka, posypać po wierzchu cukrem, wstawić w piec miernie napalony, aby upiec a nie przypalić.''
 Nasza uwspółczesniona wersja:
350ml mleka
1 laska wanilii
skórka z mandarynki w obliczu braku cytryny
1 jajo
2 żółtka
5-6 jabłek
cukier
łyżka masła
jeden nieudany biszkopt ewentualnie 2-3 czerstwe bułki, chałka lub rogale
Mleko należy zagotować z wanilią i skórką i odstawić do ostygnięcia. Laskę wanilii wyciągnąć, rozkroić i wydłubane ziarenka wrzucić do mleka. Bułki pokroić. Jabłka rozgotować z masłem i cukrem do smaku. Do keksówki lub innej brytfanki kładziemy jabłka na zmianę z bułką. Do ostudzonego mleka wbijamy jajko i wlewamy żółtka, dodajemy 2 łyżki cukru i energicznie mieszamy. Powstałą mieszaniną zalać jabłka z bułką. Piec około pół godziny w piekarniku rozgrzanym do 150 stopni.
Tak oto wszystko dobrze się skończyło. Ja utwierdziłam się w przekonaniu, że co jak co, ale biszkoptów to piec nie potrafię. Dzieci poznały znaczenie kilku nowych słów typu łut, kwarta, motewka, tygiel i nauczyły się, że jedzenia nie można marnować nawet gdyby był to podeszwopodobny biszkopt. A na dodatek powstał smaczny retro-deser. 

piątek, 24 lutego 2012

Na ratunek zagrożonej matce

Matka została uziemiona. Odwilż dała nam się we znaki nie tylko ze względu na przemakające kalosze. Odwilż zawładneła również jednym z dzieci. Kapie z dachu i kapie z nosa. Na fali wiosennej odwilży umysłu, w obronie przed znudzonym dzieckiem chwyciłam za koc ratunkowy! Udało się! Znudzona bestia oddaliła się na cały kwadrans odwlekając szantaż emocjonalny.
W naszej futurystycznej sesji udział wzięli: jedno znudzone dziecko, jeden koc ratunkowy zakupiony w aptece.

wtorek, 21 lutego 2012

Pogadanki

JAN
Syn przyniósł ze szkoły tajemnicę, która go bardzo ,,uwierała''. Po moim o tym, że może mi sie zwierzyć ze wszystkiego, jesli ma taka potrzebę, nawet jeśli to coś strasznego zawsze wspólnie znajdziemy rozwiązanie itd., wyznał, że dostał uwagę. Tego samego dnia wieczorem przy kolacji:
-Mamo, wiesz ja muszę ci coś powiedzieć. Ja wiem, że możesz się na mnie denerwować, że przykro ci może być, no ale muszę to powiedzieć: te ekologiczne kabanosy są niedobre.

Dzisiaj rano w aucie.
- Mamo, a Maria wczoraj zrobiła mi przelew!
- Przelew? Jaki przelew?
- No przelała kasę z mojej skarbonki do swojej!

Wieczorne pogaduszki.
- Mamo, a Ty zrobiłabyś dla mnie wszystko?
- Oczywiście.
- A gwiazdkę z nieba byś mi dała?
- No, to akurat jest trudne do zrealizaowania.
- A w lawę byś skoczyła?
- Gdybym to było konieczne, to tak.
Syn (mruczy do siebie) Tylko skąd ja lawę wezmę???

Ulubiona ostatnio lektura syna ,,Atlas anatomii człowieka''.
- Mamo, a skąd piersi wiedzą, że już nie muszą produkować mleka?
- Dziecko przestaje ssać i wtedy gruczoły przestają produkować mleko.
- Ale skąd te gruczoły to wiedzą? List im się wysyła, czy co?

- Mamo jak dorosnę to będę lekarzem, a mój kolega X zostanie księdzem. Żon nie będziemy mieli,
  bo ja nie będę chciał, no a X nie będzie mógł mieć. I my będziemy razem mieszkać i po pracy
  będziemy sobie grali na komputerze.
- Ale ksiądz to musi mieszkać przy kościele, na plebanii.
- Cooo? Nie może mieszkać tam gdzie chce? To co to za praca??

MARIA
- Ja jestem kobietą.
- Kobietą?
- No co, kobietą nie mogę sobie być?

- Marysiu, a kim Ty chciałabyś być jak dorośniesz?
- Księzniczką.
- Ale księżniczką to trzeba się urodzić.
- No przecież ja się już urodziłam.

- Maria natychmiast ubieraj się!
Maria popatrzyła na mnie szczerze zdziwiona, podniosła palec jak belfer i kiwając nim wyjaśniła mi rzeczowo: Mamo, jak się chcę ubierać to się ubieram, jak się nie chcę ubierać to się nie ubieram, a teraz nie chcę się ubierać i się nie ubieram.

- Maryśka nie rozsypuj mąki po całej kuchni.
- No i popsułaś mi zabawę mamo.



poniedziałek, 20 lutego 2012

Szczekanie, mlaskanie i bębnienie

Niedzielę spędziliśmy aktywnie, być może nawet nadaktywnie.
Po pierwsze poszliśmy do Teatru Lalka na spektakl ,,Daszeńka'' na podstawie ksiązi Karela Čapka ,,Daszeńka, czyli żywot szczeniaka''. Daszeńka przypomniała mi naszego szalonego foksteriera, którego Dziadek kupił nam na wystawie psów. To był prawdziwy czort! A wracając do spektaklu- Maria i Jan wyszli usatysfakcjonowani i szkoda tylko, że w teatrach dla dzieci nie ma widowni wznoszącej się do góry, by dorośli siedzący z przodu nie zasłaniali dzieciom widoku a dzieci nie musiały klęczec na krzesłach.

             zdjęcie ze strony Teatru Lalka, wszystkie wcielenia Daszeńki były zrobione na szydełku
Po drugie wybraliśmy się wieczorem do Zachęty na rodzinne warsztaty muzyczne. Było po prostu rewelacyjnie! Dzięki energii prowadzącego warsztaty- Grzegorza Wierusa, który zachęcał nas do krzyku, bębnienia, śpiewu, głośnego mlaskania, a nawet eksimoskich okrzyków wyszłam z Zachęty z zupełnie zdartym głosem i na dodatek tak zaaferowana, że zapomniałam zabrać torebki. Maria popłakała się na wieść, że trzeba już wracać do domu, a Jasia siłą niemalże odciągałam od kotłów. No i mówię Wam, że po tych warsztatach mam chęć zapisać się do chóru, bo to tak fajnie od czasu do czasu zaśpiewać na całe gardło! Z moimi wokalnymi zdolnościami zrobiłabym karierę niczym Florence Foster Jenkins. A na pewno wybiorę się z dziećmi do Filharmonii Łódzkiej na koncert z cyklu ,,O co tyle hałasu'' z tym samym prowadzącym oraz na kolejne warsztaty rodzinne w Zachęcie, bo to bardzo fajne miejsce.


wtorek, 14 lutego 2012

Królewna Korolina

Królewna Korolina mieszkała w pięknym pałacu w krainie Trikolorro. W krainie, w której mieszkała wszystko było w trzech kolorach: niebieskim, żółtym i czerwonym. Wszystkie suknie królewny Koroliny były w tych trzech kolorach, jej meble, potrawy które jadła, naczynia których używała, stroje podwładnych, karoce i wszystko dookoła było albo niebieskie, albo czerwone albo żółte. Pewnego dnia do królestwa przybył kupiec z dalekich krajów. Stanął przed obliczem królewny i zaczął opowiadać o dalekich krainach, w których są też inne kolory, takie jak fiolety, róże, pomarańcze i szmaragdowe zielenie. Korolina słuchała zachwycona, zapragnęła aby i w jej królestwie było więcej kolorów. Wezwała do siebie starego mędrca, najmądrzejszego w całym królestwie i rozkazała mu jechać do dalekich krajów po inne kolory, o których tyle słyszała. Mędrzec roześmiał się tylko, postawił przed królewną naczynia z farbami: żółtą, niebieską i czerwoną i powiedział:

- ,,Ależ królewno, wszystko czego potrzebujesz do stworzenia innych kolorów masz przed sobą’’.

Wszystko powiadasz?
Aha! Fiolet już mam!!
                                                             Eksperymentowanie trwało.
                                                                            i trwało...
                                      Aż Księżniczka się calkiem zapomniała w kolorotworzeniu
                      A do zabawy, zachęcony radosnymi piskami, dołączył Wierny Giermek.

 


czwartek, 9 lutego 2012

Drukarka wielofunkcyjna

Siedzę sobie i patrzę na nasz nowy nabytek: drukarkę wielofunkcyjną. No właśnie tą drukarkę wielofunkcyjną. Jej rodzaj żeński zamyka się w wielofunkcyjności, jej wielofunkcyjność przybliża ja do prawdziwej kobiety.
A na temat bajeczka:
Wstaję. Sygnał budzika jakby łączył się organicznie z moim mózgiem. Spuszczam nogi na podłogę. Pod łóżkiem już czekają, jak rumaki ze śliną na pyskach przed wyścigiem - moje kapciuszki. Wsuwam stopy i już pędzę z szybkością porannego światła. Najpierw wstawiam czajnik, grunt to planowanie. Siku, myju, tonik, krem i do kuchni. Woda buzuje, herbaty zalane, zabieram się do śniadania. Mąż szura kapciami, znaczy się wstał. Seryjna produkcja kanapek, dla każdego coś innego w zależności od zapotrzebowania kalorycznego oraz upodobań smakowych jak również wskazówek piramidy żywienia. Śniadanie podane, dzieci obudzone podłączone za pomocą nibyczułek do sprzętu audio-video dobudzają się na kanapie. Pogawędka ze Ślubnym przy błyskawicznym śniadaniu, ostatni łyk herbaty, rumaki znów gotowe do pędu. Mycie zębów, ubranie po krótkiej, jakże typowej dla kobiety, chwili zadumy. Przygotowuję dzieciom ubrania, popędzam, krzyczę wciskam śniadanie do gardeł, wręczam załadowane pastą szczoteczki. Nadzorując mycie zębów, ładuje pralkę i maluję oko, co by przez cały dzień pozostało bystre i czujne. Jeszcze tylko inspekcja plecaka Pierworodnego, próba rozczesania kołtuna na głowie Młodszej, jak zwykle zakończona fiaskiem. Buty, kurtki, szaliki, chusteczki w kieszeń, buziaki i na rozstaje dróg. Oni w stronę szkoły, ja w stronę metra. Stojąc na skrzyżowaniach rozmyślam co by tu na obiad, jeśli w ogóle... W metrze spędzam święte 20 minut poświęcone na rozrywkę i kulturę. Czytam książkę i nic to, że zajmuje pół mojej torebki. W pracy względny spokój, rutynowe działania, psychologiczna walka z przestarzałym oprogramowaniem, dziurkowanie, stemplowanie, a nawet zszywanie i kserowanie. Nie wiadomo kiedy koniec. Marsz do metra, w drodze zakup bułek(grunt to planowanie). Metro, kolejne 20 minut tylko dla mnie, przy odrobinie szczęścia w pozycji siedzącej zamiast balansującej wokół wspornika. Do auta. Kierunek: placówki oświatowe. Na światłach planowanie zakupów z jednoczesnym obliczaniem miesięcznego zużycia produktów spożywczych przez czteroosobową rodzinę. Parkowanie (podobno kobiety żyja dłużej, bo Bóg im w ten sposób wynagradza czas spędzony na parkowaniu). Pędem po syna, pokwitowanie, pędem po córkę do przedszkola, pogawędka z wychowawczynią, dopinanie guzików i znowu sprint. Poszukiwanie miejsca do zaparkowania pod domem, jeśli się uda zaparkować bliżej niż 100 metrów czujemy rozpierające szczęście. Pozostaje jeszcze tylko wtaszczyć dzieci, wraz z misiami, plecakami, workami, rysunkami, bułkami na górę. Rozpłaszczyć, rozkurtkować, rozbutować i zarządzić czas wolny. Uff klap na krzesło, ale tylko na moment. Przegląd lodówki, nalać soczków, rozładować zmywarkę, rozładować pralkę, zagrać w grę logiczną pt. parowanie skarpet, wyjąć nie zjedzone śniadanie z plecaka. Chwila na komputer o ile nie jest zajęty przez syna. Po krótkiej przerwie na rekonwalescencje po szkolno-przedszkolnych przeżyciach dnia powszedniego zasiadamy do odrabiania lekcji. Mimo zapewnień syna, że wszystko odrobione zaglądamy do podręczników i wymiętych zeszytów, tropimy błędy ortograficzne i dopytujemy o istotę rzeczy, kilkanaście razy pytamy czy wie coś o zaplanowanych klasówkach. Zazwyczaj po jakimś czasie syn odzyskuje jasność umysłu i przypomina sobie, że jutro będzie odpytywanie z czytanki dajmy na to. Odpytuję, w przerwach szykuje obiad. Małżonek wraca, zmęczony życiem i pracą. Przerwa na posiłek regenerujący. Potem to już z górki, asysta przy kąpieli, kontrola higieniczna, kolacja, zęby. To obowiązki ojca, jednak ja nadzoruję, przypominam, czuwam na posterunku. Dzieci kładą się do łóżka, pozostawiając po sobie ścieżkę usypaną z odzieży, bielizny, kapci, zeszytów, misiów i kucyków. Jeszcze tylko czytanie, lektura starannie dobrana i wyważona, skłaniająca do refleksji i niezbyt ciężka, by sen był po niej długi i niczym nie zmącony. Po 40 minutach wycofuję się bezszelestnie niczym komandos. Ścieżka pozostawiona przez dzieci nietknięta, naczynia po kolacji mienią się blaskiem odbitego w nich księżyca. Ojciec śpi skulony na kanapie. Oto ja matka wielofunkcyjna, wielozadaniowa, walcząca z chaosem. Cieszę się ciszą i spokojem, siedząc w świetle monitora póki nie zmorzy mnie sen. A rano…

wtorek, 7 lutego 2012

Samba

Oto szkoła samby na miarę naszych możliwości.
W tle ,,Atlas świata. Ameryka Południowa'' z ilustracjami Daniela de Latour'a, pięknie wydane przez Wydawnictwo LektorKlett która zainspirowała nas do zabawy. A do tańca najlepiej przygrywa Brazilian Beat Putumayo.

czwartek, 2 lutego 2012

Hello Black Kitti!

Jak dotąd wszystkie ,,hejołkiti'' były różowe. Czyżby pogadanka o tolerancji przy okazji historii o Tintinie zadziałała również na Marię?

wtorek, 31 stycznia 2012

Jutro bal

Jutro bal. Przyszywanie odnóży trwa. Gdyby nie Jan wystarczyłyby Marii dotychczasowe. Niestety starszy brat uświadomił siostrzyczkę, że prawdziwe pająki mają aż osiem nóżek. Ech, jestem do tyłu o dwie pary rajstop.

A w zeszłym roku było tak:

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Prawdziwa zima

Mój stosunek do zimy jest ambiwalentny. Z jednej strony zimowe kuligi, puszysta kołderka przykrywająca wszystko to, co brudne i szare, rumiane policzki, skrzypiący pod nogami śnieg. Z drugiej strony jako osoba urodzona w zimie nie ,,czuję’’ tej pory roku. Skrobanie szyb, gubienie rękawiczek, ubieranie i rozbieranie dzieci, spektakularne upadki w miejscach publicznych, a po nich jeszcze bardziej spektakularne sińce na d…

Jednak muszę przyznać, że zima w górach zwłaszcza podczas urlopu ma więcej plusów. Wybraliśmy się w ferie do Tylicza nieopodal Krynicy Górskiej. Miejsce nie zatłoczone, kameralne z dobrą infrastrukturą dla narciarzy. Jeśli jednak ktoś zatęskni za miejskim klimatem, może wybrać się do Krynicy, by pospacerować w tłumie kuracjuszy. Dla ludzi prychających na narty (takich jak ja) okolica oferuje wiele możliwości. Można wybrać się na przykład:

• na kulig,

• na wycieczkę np. szlakiem architektury drewnianej, lub na Słowację,

• na masaż, refleksoterapię, maseczkę i co tam jeszcze…

• na wycieczkę do pijalni wód zalatujących nieco nieświeżym jajem, mających jednak liczne właściwości lecznicze,

• do Muzeum Nikifora,

• do Muzeum Zabawek,

• na zakupy lub do kina,

• do jednej z licznych knajp celem powiększenia powłoki tłuszczowej chroniącej przed zimnem.

Ja jednak w tym roku głównie korzystałam z pięknej zimowej pogody i asystowałam Marii przy jej pierwszych krokach tj. szusach na nartach. Liczę, że jeszcze tylko rok-dwa i będę mogła oddalić się spod stoku, by zająć się swoimi sprawami podczas gdy reszta rodziny będzie zjeżdżać wśród tłumów im podobnych zapaleńców ze stromych gór w niewygodnych, krępujących kostki butach.

Dzieci na tle malowniczego miasteczka Bardejov
Maria udaje, że słucha instruktora
                                                                     widok z okna
do startu! gotowi?! start!